Umówiłem się z lekarzem, że jutro w czwartek wychodzę ze szpitala. Jest OK tylko trochę słaby się czuję i jak zwykle ostatnio ciężko mi się zabrać za pisanie. Może to wynikać z monotonni. Jak się gorzej czułem to czas jakoś był zajęty przeżywaniem. Mam trochę lęk, ale nie taki jak wcześniej. Czego się obawiam? Tu mam warunki cieplarniane - nie muszę się o nic martwić. Jedzonko podane, zapytają jak się czuję, nie muszę się stroić ani załatwiać żadnych spraw poza paroma telefonami i wysyłaniem aplikacji w odpowiedzi na oferty pracy. Na wolności trzeba - dogadać się do końca z Gospodarzem, wydobyć rzeczy z piwnicy u kolegi, kupić to i owo, wpaść do fundacji, które pomagają znaleźć pracę niepełnosprawnym.
Na razie zajmę się sprawami wiary, religii. Może powinienem wcześniej, ale tak wyszło. Przemyślenia mam, teraz trzeba je przelać. Pytania o wiarę są bardzo ważne w procesie wychodzenia z uzależnienia, ale też ważne dla wszystkich ludzi szukających sensu życia. Rozważania moje będą tu pobieżne - raczej taki zarys, szkic. I też może kontrowersyjne, ale ja zawsze jak już coś piszę czy mówię szczerze.
Zacząlem czytać książkę - Bóg ukryty Wiktora Frankla. Autor odnosi się do zagadnień związanych z wiarą na początku książki, ale tym sprawom poświęcone są w zasadzie dwa ostatnie rozdziały, których jeszcze nie czytałem.
Mój znajomy Terapeuta podpowiada, że jak na abstynencję nie pomaga terapia tradycyjna i nie pomaga na przykład logoterapia to pora zwrócić się do Boga, wiele nurtów dziejszej psychologii nie lekceważy znaczenia wiary w zdrowieniu. Niektórzy znajomi też to sugerują. Anonimowi Alkoholicy często mówią - - tylko Bóg i wiara mogą ci pomóc. W moim przypadku to guzik prawda. Kiedy pierwszy raz trzeźwiałem, a potem było 20 parę lat abstynencji to nie myślałem w żaden sposób o Bogu. Ktoś powie, że dlatego wróciłem do nałogu, bo nie było Boga. Też nieprawda, wróciłem, o czym pisałem, bo między innymi nie przestrzegałem podstawowych zaleceń.
Będę trochę złośliwy, mam to po Babce. Na mitingach AA często słyszę coś w tym stylu - - Bóg mi pomógł i dlatego przestałem pić. No dobrze, a czemu niektórym nie pomógł i umarli? Czy Bóg robi jakieś losowanie? Podobnie jest z ciężką, prawie śmiertelną chorobą. Bóg naprzód sprowadza chorobę, a potem z niej wyciąga, ale tylko niektórych? Znowu losowanie. A już w ogóle nie pojmuję ją dobry Bóg może sprowadzać takie coś jak Holokaust, czy teraz wojna na Ukrainie. Frankl widzi w tym jednak sens, jego wiara i wiara wielu innych ludzi jeszcze się umocniła po przeżyciu tych tragedii. Mi to się w głowie nie mieści. No właśnie, w głowie. Chcę pojąć rozumem coś, czego się nie da poznać w ten sposób. Z drugiej strony - czy ilość tragedii się liczy? Dla pojedynczego człowieka, lub jeszcze gorzej dla małego człowieka, dziecka też tragedią będzie umieranie na nowotwór, czy na coś innego. Dla niego Świat się również kończy
Wierzę, że jest jakaś Siła Wyższa chociażby dlatego, że nie da się wytłumaczyć przyrody nauką, fizyką. Możemy poznać prawa nią rządzące, choć nie do końca, ale - - Skąd się te prawa wzięły? - Co było przed Wielkim Wybuchem? - Czy są inne wszechświaty? - Co jest poza wszechświatem? - Czym jest MYŚL i DUSZA? - Co zostanie, jak świat się skończy? - Co to jest NIC? - Czy jest nieskończoność, punkt, prosta?
Tu warto posłuchać wykładu - prof. Krzysztofa Meissnera Fizyka wiara.Na YouTube.
Może jest tak, że nauka jeszcze nie odkryła wszystkiego i jeszcze odkryje jak - odpukać Putin nie wykończy Świata. Chyba po Einsteinie mówiono, że to koniec nauki, nie ma nic więcej do odkrycia. A jednak - fizyka kwantowa, świat cząstek elementarnych. Wierzę jest mimo wszystko, że jest coś ponad. Rozmawiam sobie czasem z Bogiem, choć nie bardzo sobie Go wyobrażam.
Nie przekonuje mnie antropomorficzne przedstawianie Boga, ludzie stworzyli taki obraz na swoje podobieństwo, podobnie jak między innymi Grecy, Rzymianie. Msza święta mnie nudzi, chyba, że homilia jest interesująca. W ogóle nie przekonują mnie obrzędy ustanowione przez Kościół. Przypominają mi rytuały czarowników. Nie chcę tu obrazić niczyich uczuć. Poza tym na pewno ułatwiają zbliżenie do Boga, jakkolwiek kto go rozumie. Np. ślub, czy pogrzeb kościelny mają dużo więcej duchowości niż cywilne.
Celibat jest dla mnie chorym wynalazkiem, jest wbrew Naturze, prawom ustanowinym przez Boga. Niby ważne dla Kościoła jest, żeby księża się nie żenili, natomiast zachowanie abstynencji seksualnej nie jest już takie ważne. Badania wykazują, że ok. 60% księży ma stałe kochanki, czyli żyją w grzechu według nauk Kościoła, uprawiają seks pozamałżeński.
Zresztą Kościół jako instytucja nie jest konieczny do zbawienia, jeśli wierzę, że Bóg jest nieskończonym dobrem. Natomiast może być niezmiernie pomocny w zbiżeniu się do Siły Wyższej Piszę - może być, ponieważ poprzez wypaczenie wiele osób, szczególnie w ostatnim czasie odchodzi od Kościoła.
Bóg, jeśli jest i jest nieskończenie milosierny przyjmie mnie, również Hitlera i Putina. Kiedyś pewien chyba biskup, czy znajomy ksiądz powiedział, że jak się żyje według 10 przykazań to jest się wierzącym, no to ja w takim razie ogólnie jestem wierzącym człowiekiem, ale grzechów sporo. Teraz żal za grzechy, pokuta i stanę wtedy na nogi.
Są wypaczenia - biznesmen Rydzyk i w dużej części jego radio i telewizja, ukrywanie pedofilii /pedofilia zdarza się w różnych grupach społecznych, mi chodzi o zamiatanie pod dywan/.
Ale są też wspaniali księża i zakonnicy - o. Kolbe, ks. Tischner, o. Gurzyński, o. Boniecki /tu niektórzy mają wątpliwości, nie wiem dlaczego częściowo zawieszono go/.
Sam poznałem księży bardzo w porządku. Problem jest taki, że patologię są bardziej widziane i nagłaśniane, cicha, codzienna, mrówcza praca jest słabo widoczna. Tak bywa w wielu dziedzinach.
Oczywiście wrócę do lektury Frankla, może rozmowa z przybliży mi wiarę i Boga. Nie wiem, czy będę miał wystarczająco dużo czasu na wolności, na pisanie i czytanie, ale będę się bardzo starał, aby go znaleźć.
Jak mi się bardzo polepszyło, łatwiej mi pisać z pewnym dystansem. Będzie mniej, a może w ogóle użalania się nad sobą, na początku było ono naturalne i potrzebne.
Pewien znajomy Terapeuta przysłał mi fajnego maila. Pozwolę go sobie zacytować prawie w całości, ponieważ są tam bardzo istotne dla mnie spostrzeżenia i myślę, że wtedy będzie łatwiej zrozumieć moje przemyślenia. Następnie, dodam swoje uwagi, spróbuję nawiązać dialog pomiędzy moimi częściami, mail wyjaśni o co chodzi.
Podkreślenia są moje, dodałem je aby lepiej zobrazować sobie problem.
Panie Tadeuszu, przeglądam sobie Pana maile z ostatnich tygodni i myślę że widzę w tym pisaniu dwie części Pana osobowości. Przewijają się naprzemiennie. Z jednej strony widzę część dziecięcą, tę małą, słabą, która potrzebuje ciągle opiekuna, mamy czy taty, przyjaciela, kogoś kto się zajmie tym co boli, pomoże wyjść z bezradności. Tę część nazywam "małym Tadziem". Jest też druga część Pana osobowości, ta, co sobie da radę, jest sprytna i poradzi sobie. Którą drażnią terapeuci i lekarze, która jest trochę arogancka, która sięi też chwali i wywyższa swoim doświadczeniem i wiedzą, bo "wie lepiej", bo "już to zna". Słucha tylko uznanych autorytetów, choć też wybiórczo. Tę część można nazwać "Tadek". I w Pana mailach ciągle widzę huśtawkę między tymi dwoma częściami. Rzadko pojawia się trzecia część: "Tadeusz". Czyli ktoś, kto spojrzy z boku, ma dystans, ale może słuchać i umie pogodzić tamte dwie (zaopiekować się Tadziem i wychować Tadka), bo czuje się częścią większej całości, z której czerpie. Najbardziej brakuje tej części środkowej, najważniejszej, Tadeusza. Pewnie tak było już dawno, ale niestety, alkoholizm wyostrzył zarówno biednego Tadzia jak i narcystycznego Tadka. Tadek wyrywa się do przodu a dla Tadzia ma tylko butelkę żeby go ululac. Trzeba teraz przede wszystkim zaopiekować się tym małym Tadziem, poprzez dobre dialogi wewnętrzne z Tadeuszem.
Bardzo podoba mi się podział mnie na części - Tadzia - Tadeusza - Tadka, jest tu coś na rzeczy. Sądzę, że każda z tych części jest potrzebna. Można dyskutować o proporcjach, czy i na ile są zachwiane.
Uważam, że jak byłem po przyjściu w takim paskudnym stanie to Tadzio wymagał, żeby go przytulić, pocieszyć, próbowałem, jako Tadeusz to robić, trochę udało mi się sobie wybaczyć i pogodzić się z tym czego już nie mogę. Nie czas na destrukcję wtedy było.
- Popłacz sobie Tadziu, czasem jest to potrzebne. Zaopiekuję się Tobą, może mi ktoś trochę w tym pomoże, ale przede wszystkim należy to do mnie. Mogę sam sobie pomagać, rozmawiać z Tadziem, ale w pewnych chwilach, jak przy depresji, kryzysie, czy nawrocie, zależy jak na to spojrzeć, nieocenione jest wsparcie przez drugiego człowieka, który trochę zrozumie.
Wygłaszanie w takich chwilach tekstów typu - - Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze. - Rozumiem cię.
Trochę szkodzi choć intencje są dobre. Ja wtedy myślę - guzik będzie dobrze, wszystko stracone, a ty nic nie rozumiesz. Wkurzam się wtedy, choć gdzieś w głębi duszy sam sobie to mówię, a na zewnątrz pełna degrengolada.
Jak miałem dyżury w punkcie, który miał na celu pomoc osobom doznającym przemocy w rodzinie przychodzili też ludzie z różnymi problemami. Bezrobotnym mówiłem, że ich rozumiem i takie głupoty itp. Zrozumiałem, ale dopiero jak sam się stałem bezrobotnym.
Piszę - osoba doznająca przemocy w rodzinie, a nie ofiara przemocy.
Kiedyś miałem zajęcia z Jarosław Polanowski prokuratorem, teraz już w stanie spoczynku, wtedy konsultantem Niebieskiej Linii. Opowiadał - zadzwoniła do niego kobita, on zapytał - - to znaczy że jest pani ofiarą przemocy? - mój właśnie też nazywać mnie ofiarę i tu znowu.
Podobnie określam - osoba stosująca przemoc, a nie sprawca, znęczacz czy jakoś tak tylko - osoba stosującą przemoc. Nie jest to usprawiedliwianie tylko upodmiotowywanie osoby. One też potrzebują pomocy, ale to już inny temat.
Wracając do Tadzia. Pomalutku motywuję do działania, towarzyszę w pierwszych krokach wychodzenia z kryzysu. Podpowiadam na przykład - - żałoba się kończy, na Twoim miejscu przystąpiłbym po trochu do działania, ale nie wszystko na raz, powoli, masz tu czas. Na przykład możesz zająć się teraz tym co lubisz - pisanie, czytanie. Pomału próbuj przekierować myślenie itp. "Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj." /Dezyderata/.
Jest jeszcze - Tada, jak mówiła Babka tylko nie wiem kto to, może odmiana, rodzaj Tadzia skrzyżowanego z Tadkiem, kiedyś się temu przyjrzę.
Coś znowu wychodzi długi post wyszłyby dwa, dla niektórych może być ciężki do czytania, jednak spróbuję tu dokończyć temat, trochę w skócie, co najważniejsze. Do niektórych zagadnień i tak trzeba będzie wrócić.
Jeśli chodzi o Tadka to jest on też potrzebny. Pisze mój znajomy, ma on jest sprytny, że za mało dba o abstynencję, więcej o pracę, stancję.
Chyba jednak za mało sprytny bo się nie dorobił w czasie abstynencji i powierzył odbiór renty niby znajomemu, trochę kombinatorowi, wspomniałem o tym w sobotę. A kasa teraz bardzo potrzebna, bo muszę jakoś przeżyć do - odpukać ewentualnej wypłaty.
Abstynencja owszem przede wszystkim, ale też nie do przecienienia są kwestie socjalne. Żeby żyć trzeba gdzieś mieszkać, mieć pieniądze chociazby po to, żeby dojechać na terapię, na miting.
Jak działałem w Stowarzyszeniu była taka sytuacja - przychodzi kobieta z zapadłej wsi, ma pod opieką dwoje dzieci i wiecznie pijanego męża. Klubowiczki naskakują na nią -dlaczego cię nie ma na zajęciach? Nie zapytają czy ma z kim dzieci zostawić. Później był taki okres, że Klub zapewniał opiekę nad dziećmi w trakcie zajęć.
Tadek robi też dobrą robotę - żeby przeżyć i nie zwariować w szpitalu, schronisku, na stancji, w pracy i ogóle w życiu, szczególnie w warunkach często nienormalnych trzeba kombinować czasami.
Słucham wszystkich, a biorę to co uważam za stosowne i to jest dla mnie OK. Jeśli chodzi o terapeutów to są różni, jak w każdym zawodzie. Tu jest taka kwestia, że jak zapłacą za szkolenia to kwit, certyfikat i tak dostaną. Podobnie lekarze, ale też prawnicy itd. są niejednakowi. Byłem u urologów. Jeden mówi, że mam powiększoną prostatę i przepisuje leki, drugi twierdzi, że moim wieku jest normalna i komu wierzyć?
Jeśli chodzi o Tadeusza jest go w tej chwili bardzo dużo. Wiadomo kim on jest, łatwo go określić jednym słowem - DOJRZAŁY. Co to znaczy to inna sprawa, pisałem trochę kiedyś o tym i jeszcze będę przy okazji definiowania pojęcia zdrowie.
Oczywiście Tadeusz miewa też chwile bycia Tadziem lub Tadkiem, ale u dojrzałego to są tylko chwile potrzebne czasem.
Jak mi się bardzo polepszyło, łatwiej mi pisać z pewnym dystansem. Będzie mniej, a może w ogóle użalania się nad sobą, na początku było ono naturalne i potrzebne.
Pewien znajomy Terapeuta przysłał mi fajnego maila. Pozwolę go sobie zacytować prawie w całości, ponieważ są tam bardzo istotne dla mnie spostrzeżenia i myślę, że wtedy będzie łatwiej zrozumieć moje przemyślenia. Następnie, dodam swoje uwagi, spróbuję nawiązać dialog pomiędzy moimi częściami, mail wyjaśni o co chodzi.
Podkreślenia są moje, dodałem je aby lepiej zobrazować sobie problem.
Panie Tadeuszu, przeglądam sobie Pana maile z ostatnich tygodni i myślę że widzę w tym pisaniu dwie części Pana osobowości. Przewijają się naprzemiennie. Z jednej strony widzę część dziecięcą, tę małą, słabą, która potrzebuje ciągle opiekuna, mamy czy taty, przyjaciela, kogoś kto się zajmie tym co boli, pomoże wyjść z bezradności. Tę część nazywam "małym Tadziem". Jest też druga część Pana osobowości, ta, co sobie da radę, jest sprytna i poradzi sobie. Którą drażnią terapeuci i lekarze, która jest trochę arogancka, która sięi też chwali i wywyższa swoim doświadczeniem i wiedzą, bo "wie lepiej", bo "już to zna". Słucha tylko uznanych autorytetów, choć też wybiórczo. Tę część można nazwać "Tadek". I w Pana mailach ciągle widzę huśtawkę między tymi dwoma częściami. Rzadko pojawia się trzecia część: "Tadeusz". Czyli ktoś, kto spojrzy z boku, ma dystans, ale może słuchać i umie pogodzić tamte dwie (zaopiekować się Tadziem i wychować Tadka), bo czuje się częścią większej całości, z której czerpie. Najbardziej brakuje tej części środkowej, najważniejszej, Tadeusza. Pewnie tak było już dawno, ale niestety, alkoholizm wyostrzył zarówno biednego Tadzia jak i narcystycznego Tadka. Tadek wyrywa się do przodu a dla Tadzia ma tylko butelkę żeby go ululac. Trzeba teraz przede wszystkim zaopiekować się tym małym Tadziem, poprzez dobre dialogi wewnętrzne z Tadeuszem.
Bardzo podoba mi się podział mnie na części - Tadzia - Tadeusza - Tadka, jest tu coś na rzeczy. Sądzę, że każda z tych części jest potrzebna. Można dyskutować o proporcjach, czy i na ile są zachwiane.
Uważam, że jak byłem po przyjściu w takim paskudnym stanie to Tadzio wymagał, żeby go przytulić, pocieszyć, próbowałem, jako Tadeusz to robić, trochę udało mi się sobie wybaczyć i pogodzić się z tym czego już nie mogę. Nie czas na destrukcję wtedy było.
- Popłacz sobie Tadziu, czasem jest to potrzebne. Zaopiekuję się Tobą, może mi ktoś trochę w tym pomoże, ale przede wszystkim należy to do mnie. Mogę sam sobie pomagać, rozmawiać z Tadziem, ale w pewnych chwilach, jak przy depresji, kryzysie, czy nawrocie, zależy jak na to spojrzeć, nieocenione jest wsparcie przez drugiego człowieka, który trochę zrozumie.
Wygłaszanie w takich chwilach tekstów typu - - Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze. - Rozumiem cię.
Trochę szkodzi choć intencje są dobre. Ja wtedy myślę - guzik będzie dobrze, wszystko stracone, a ty nic nie rozumiesz. Wkurzam się wtedy, choć gdzieś w głębi duszy sam sobie to mówię, a na zewnątrz pełna degrengolada.
Jak miałem dyżury w punkcie, który miał na celu pomoc osobom doznającym przemocy w rodzinie przychodzili też ludzie z różnymi problemami. Bezrobotnym mówiłem, że ich rozumiem i takie głupoty itp. Zrozumiałem, ale dopiero jak sam się stałem bezrobotnym.
Piszę - osoba doznająca przemocy w rodzinie, a nie ofiara przemocy.
Kiedyś miałem zajęcia z Jarosław Polanowski prokuratorem, teraz już w stanie spoczynku, wtedy konsultantem Niebieskiej Linii. Opowiadał - zadzwoniła do niego kobita, on zapytał - - to znaczy że jest pani ofiarą przemocy? - mój właśnie też nazywać mnie ofiarę i tu znowu.
Podobnie określam - osoba stosująca przemoc, a nie sprawca, znęczacz czy jakoś tak tylko - osoba stosującą przemoc. Nie jest to usprawiedliwianie tylko upodmiotowywanie osoby. One też potrzebują pomocy, ale to już inny temat.
Wracając do Tadzia. Pomalutku motywuję do działania, towarzyszę w pierwszych krokach wychodzenia z kryzysu. Podpowiadam na przykład - - żałoba się kończy, na Twoim miejscu przystąpiłbym po trochu do działania, ale nie wszystko na raz, powoli, masz tu czas. Na przykład możesz zająć się teraz tym co lubisz - pisanie, czytanie. Pomału próbuj przekierować myślenie itp. "Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj." /Dezyderata/.
Jest jeszcze - Tada, jak mówiła Babka tylko nie wiem kto to, może odmiana, rodzaj Tadzia skrzyżowanego z Tadkiem, kiedyś się temu przyjrzę.
Coś znowu wychodzi długi post wyszłyby dwa, dla niektórych może być ciężki do czytania, jednak spróbuję tu dokończyć temat, trochę w skócie, co najważniejsze. Do niektórych zagadnień i tak trzeba będzie wrócić.
Jeśli chodzi o Tadka to jest on też potrzebny. Pisze mój znajomy, ma on jest sprytny, że za mało dba o abstynencję, więcej o pracę, stancję.
Chyba jednak za mało sprytny bo się nie dorobił w czasie abstynencji i powierzył odbiór renty niby znajomemu, trochę kombinatorowi, wspomniałem o tym w sobotę. A kasa teraz bardzo potrzebna, bo muszę jakoś przeżyć do - odpukać ewentualnej wypłaty.
Abstynencja owszem przede wszystkim, ale też nie do przecienienia są kwestie socjalne. Żeby żyć trzeba gdzieś mieszkać, mieć pieniądze chociazby po to, żeby dojechać na terapię, na miting.
Jak działałem w Stowarzyszeniu była taka sytuacja - przychodzi kobieta z zapadłej wsi, ma pod opieką dwoje dzieci i wiecznie pijanego męża. Klubowiczki naskakują na nią -dlaczego cię nie ma na zajęciach? Nie zapytają czy ma z kim dzieci zostawić. Później był taki okres, że Klub zapewniał opiekę nad dziećmi w trakcie zajęć.
Tadek robi też dobrą robotę - żeby przeżyć i nie zwariować w szpitalu, schronisku, na stancji, w pracy i ogóle w życiu, szczególnie w warunkach często nienormalnych trzeba kombinować czasami.
Słucham wszystkich, a biorę to co uważam za stosowne i to jest dla mnie OK. Jeśli chodzi o terapeutów to są różni, jak w każdym zawodzie. Tu jest taka kwestia, że jak zapłacą za szkolenia to kwit, certyfikat i tak dostaną. Podobnie lekarze, ale też prawnicy itd. są niejednakowi. Byłem u urologów. Jeden mówi, że mam powiększoną prostatę i przepisuje leki, drugi twierdzi, że moim wieku jest normalna i komu wierzyć?
Jeśli chodzi o Tadeusza jest go w tej chwili bardzo dużo. Wiadomo kim on jest, łatwo go określić jednym słowem - DOJRZAŁY. Co to znaczy to inna sprawa, pisałem trochę kiedyś o tym i jeszcze będę przy okazji definiowania pojęcia zdrowie.
Oczywiście Tadeusz miewa też chwile bycia Tadziem lub Tadkiem, ale u dojrzałego to są tylko chwile potrzebne czasem.
Zaglądam czasami na Facebooka. W poszukiwaniu pracy, czasem stancji no i na grupy trzeźwiejące, też psychologiczne.
W wielu wypadkach jest to strata czasu. Ludzie przeważnie piszą złote myśli, swoje a część pewnie przepisane, stosunkowo mało o problemach swoich choć też to się zdarza. Co drugi wpis to reklama. Znalazłem taką wypowiedź - Mój terapeuta E W lat 28 temu powiedział mi tak lepiej pij szybko dojrzejesz żeby podjąć terapię - można i tak.
Od razu chcę podkreślić, że mam wielki szacunek do ruchu Anonimowych Alkoholików. Kiedy pierwszy raz zaczynałem trzeźwieć pod koniec lat dziewięćdziesiątych w całym dawnym województwie był tylko chyba jeden terapeuta, co się zajmował uzależnieniami. Byli tylko psycholodzy, psychiatrzy, ale w tych czasach oni guzik wiedzieli.
Pierwszy rok abstynencji, a też w dużej części później przeżyłem bez problemów nawrotowych i psychicznych dzięki AA. W pierwszym roku jeździłem co tydzień 30 km na mitingi, bo moim mieście nie było. Jeździłem autobusami i że względu na rozkład jazdy nie mogłem być do końca mitingu, ale dobre i to. Potem byłem współzałożycielem grupy AA w moim rodzinnym mieście i było już łatwiej.
W przywołanym artykule jest bardzo dużo prawdy w tym jest na przykład -
Stosunkowo dużo jest odniesień do religii, nie ma w tym nic złego, ale jest to ruch cywilny niektórych niewierzących, albo błądzących może to zrażać, szczególnie, że mitingi w dużej części odbywają się w obiektach kościelnych. Powód tego jest taki, że za cywilne salę czasami trzeba płacić, a Ruch nie zawsze ma pieniądze. Nowicjusz może tego nie wiedzieć, podobnie jak może nie znać znaczenia świecy itp. Dobrze mu to wytłumaczyć, ale tłumaczenie nie pomoże, jeśli grupa za bardzo zmierza w stronę religii.
- Za moich czasów odmawiało się na początku mitingu -
Siło Wyższa, daj mi Pogodę Ducha, abym godził /a/ się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał/a/ to, co mogę zmienić i mądrości, abym odróżniał/a/ jedno od drugiego.
a nie Boże, daj mi...
- Nie zapraszało się księży na mitingi zamknięte, jak nie byli uzależnieni, a na jedną z grup przychodził animator terapeuta, zresztą ogólnie szkodliwy, uzależniejący. Na szczęście nie dałem się wciągnąć, szukanie swoich dróg czasami procentuje.
Padają też teksty - tylkowiara w Boga może cię uratować. Owszem można powiedzieć swoje świadectwo - Bóg mi pomógł, ale nie narzucać.
- Prowadzący się zmieniali co jakiś czas, dzisiaj często są to grupy Jurka, czy Jacka.
- Nie było sponsorów, może i są potrzebni, sądzę jednak, że czasami bawią się w terapeutów. Owszem byli sponsorzy, ale w tym sensie, że wspierali nowego, można było np. zawsze do nich zawsze zadzwonić, porozmawiać o wszystkim. Szczególnie na początku trudno jest mówić o wielu swoich problemach przy dużej liczbie osób.
Dla kogoś nowego może grupa wydawać się sektą nie dziwię się, trzeba to wyjaśnić nowemu co nie zawsze jest czynione, a charakter mitingów bywa, że nosi znamiona sekty.
Toworzą się czasami też podgrupki wzajemnej adoracji, szczególnie w przerwach i po mitingu, nowy często, choć nie zawsze na boku, pozostawiony samemu sobie.
Bywają też etatowi mówcy, co na każdym mitingu zabierają głos przez pół godziny i więcej, często się powtarzają. No i zdarza się, choć rzadko to widziałem pewien dystans do terapeutów i leczenia psychiatrycznego.
Nie umniejsza to wszystko oczywiscie, jak wspomniałem znaczenia i roli AA w procesie zdrowienia.
Ale AA to też ja i powinienem wpływać jak widzę odchylenia, a nie tylko narzekać i uciekać z AA.
Wielu moim klientom podobały się grupy wsparcia, które prowadziłem w stowarzyszeniu abstynenckim. Nie nazywałem tego terapią jak niektórzy ponieważ - - Podstawowa terapia uzależnień jest tylko w ośrodkach leczenia uzależnień. Tak jak operacje są w szpitalach, a rehabilitacja już po wyjściu. Ośrodkach stacjonarnych lub dziennych, do tych dziennych nie mam przekonania. Niektórzy przychodzili raz na tydzień, dwa i na przykład w pomocy społecznej, czy kuratorowi meldowali, że są na terapii, a to guzik prawda. Celemi moich zajęć było motywowanie do właściwej terapii, wsparcie po terapii plus wsparcie w problemach typu - konflikty w związkach, problemy wychowawcze, bezrobocie wsparcie w szukaniu pracy, trudne emocje itp.
- Nie mam pełnych kwitów terapeutycznych, natomiast studia pedagogiczne oraz zajęcia na zajeciach - Programu Rozwoju Osobistego w Centrum Edukacji i Psychoedukacji Instytutu Psychologii Zdrowia P.T.P. w Warszawie. 220 godzin treningu intra- i interpersonalnego i terapeutycznego będącego podstawowym przygotowaniem pracy z ludźmi innch szkoleniach, osobiste doświadczenia są dobrą podstawą do zamówienia się pomaganiem ludziom.
To że popełniłem ostatnio wiele błędów, o których pisałem spowodowało wiele strat, ale też pozwoliło na zdobycie nowych, unikalnych doświadczeń, szkoda, że dużym kosztem.
Zaglądam czasami na Facebooka. W poszukiwaniu pracy, czasem stancji no i na grupy trzeźwiejące, też psychologiczne.
W wielu wypadkach jest to strata czasu. Ludzie przeważnie piszą złote myśli, swoje a część pewnie przepisane, stosunkowo mało o problemach swoich choć też to się zdarza. Co drugi wpis to reklama. Znalazłem taką wypowiedź - Mój terapeuta E W lat 28 temu powiedział mi tak lepiej pij szybko dojrzejesz żeby podjąć terapię - można i tak.
Od razu chcę podkreślić, że mam wielki szacunek do ruchu Anonimowych Alkoholików. Kiedy pierwszy raz zaczynałem trzeźwieć pod koniec lat dziewięćdziesiątych w całym dawnym województwie był tylko chyba jeden terapeuta, co się zajmował uzależnieniami. Byli tylko psycholodzy, psychiatrzy, ale w tych czasach oni guzik wiedzieli.
Pierwszy rok abstynencji, a też w dużej części później przeżyłem bez problemów nawrotowych i psychicznych dzięki AA. W pierwszym roku jeździłem co tydzień 30 km na mitingi, bo moim mieście nie było. Jeździłem autobusami i że względu na rozkład jazdy nie mogłem być do końca mitingu, ale dobre i to. Potem byłem współzałożycielem grupy AA w moim rodzinnym mieście i było już łatwiej.
W przywołanym artykule jest bardzo dużo prawdy w tym jest na przykład -
Stosunkowo dużo jest odniesień do religii, nie ma w tym nic złego, ale jest to ruch cywilny niektórych niewierzących, albo błądzących może to zrażać, szczególnie, że mitingi w dużej części odbywają się w obiektach kościelnych. Powód tego jest taki, że za cywilne salę czasami trzeba płacić, a Ruch nie zawsze ma pieniądze. Nowicjusz może tego nie wiedzieć, podobnie jak może nie znać znaczenia świecy itp. Dobrze mu to wytłumaczyć, ale tłumaczenie nie pomoże, jeśli grupa za bardzo zmierza w stronę religii.
- Za moich czasów odmawiało się na początku mitingu -
Siło Wyższa, daj mi Pogodę Ducha, abym godził /a/ się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał/a/ to, co mogę zmienić i mądrości, abym odróżniał/a/ jedno od drugiego.
a nie Boże, daj mi...
- Nie zapraszało się księży na mitingi zamknięte, jak nie byli uzależnieni, a na jedną z grup przychodził animator terapeuta, zresztą ogólnie szkodliwy, uzależniejący. Na szczęście nie dałem się wciągnąć, szukanie swoich dróg czasami procentuje.
Padają też teksty - tylkowiara w Boga może cię uratować. Owszem można powiedzieć swoje świadectwo - Bóg mi pomógł, ale nie narzucać.
- Prowadzący się zmieniali co jakiś czas, dzisiaj często są to grupy Jurka, czy Jacka.
- Nie było sponsorów, może i są potrzebni, sądzę jednak, że czasami bawią się w terapeutów. Owszem byli sponsorzy, ale w tym sensie, że wspierali nowego, można było np. zawsze do nich zawsze zadzwonić, porozmawiać o wszystkim. Szczególnie na początku trudno jest mówić o wielu swoich problemach przy dużej liczbie osób.
Dla kogoś nowego może grupa wydawać się sektą nie dziwię się, trzeba to wyjaśnić nowemu co nie zawsze jest czynione, a charakter mitingów bywa, że nosi znamiona sekty.
Toworzą się czasami też podgrupki wzajemnej adoracji, szczególnie w przerwach i po mitingu, nowy często, choć nie zawsze na boku, pozostawiony samemu sobie.
Bywają też etatowi mówcy, co na każdym mitingu zabierają głos przez pół godziny i więcej, często się powtarzają. No i zdarza się, choć rzadko to widziałem pewien dystans do terapeutów i leczenia psychiatrycznego.
Nie umniejsza to wszystko oczywiscie, jak wspomniałem znaczenia i roli AA w procesie zdrowienia.
Ale AA to też ja i powinienem wpływać jak widzę odchylenia, a nie tylko narzekać i uciekać z AA.
Wielu moim klientom podobały się grupy wsparcia, które prowadziłem w stowarzyszeniu abstynenckim. Nie nazywałem tego terapią jak niektórzy ponieważ - - Podstawowa terapia uzależnień jest tylko w ośrodkach leczenia uzależnień. Tak jak operacje są w szpitalach, a rehabilitacja już po wyjściu. Ośrodkach stacjonarnych lub dziennych, do tych dziennych nie mam przekonania. Niektórzy przychodzili raz na tydzień, dwa i na przykład w pomocy społecznej, czy kuratorowi meldowali, że są na terapii, a to guzik prawda. Celemi moich zajęć było motywowanie do właściwej terapii, wsparcie po terapii plus wsparcie w problemach typu - konflikty w związkach, problemy wychowawcze, bezrobocie wsparcie w szukaniu pracy, trudne emocje itp.
- Nie mam pełnych kwitów terapeutycznych, natomiast studia pedagogiczne oraz zajęcia na zajeciach - Programu Rozwoju Osobistego w Centrum Edukacji i Psychoedukacji Instytutu Psychologii Zdrowia P.T.P. w Warszawie. 220 godzin treningu intra- i interpersonalnego i terapeutycznego będącego podstawowym przygotowaniem pracy z ludźmi innch szkoleniach, osobiste doświadczenia są dobrą podstawą do zamówienia się pomaganiem ludziom.
To że popełniłem ostatnio wiele błędów, o których pisałem spowodowało wiele strat, ale też pozwoliło na zdobycie nowych, unikalnych doświadczeń, szkoda, że dużym kosztem.