Strony

▼

środa, 25 grudnia 2019

Mama i Morze Czarne.


Trzeba w końcu napisać coś o osobach mi najbliższych – Mamie i Ciotce Krysi, nie wiem czy kolejność jest właściwa. Mama na pewno miała dobre serce, miała to podobno po tacie. Dziadek był wspaniałym człowiekiem, życzliwym ludziom. Ale podobnie jak Mama był pod silnym wpływem mojej Babki. Gdy umarł przed moim narodzeniem na raka płuc Babka narzekała – wziął i umarł a nie skończył dachu naprawiać. Chciał umrzeć w domu ale Babka zdecydowała, żeby został w szpitalu. Teraz ciekawe po kim odziedziczyłem geny. Dziadek mało chyba mało palił w młodości i rak płuc. Ja palę od 45 lat. Rodzina ze strony Babki była długowieczna.




Mama od najmłodszych lat nadmiernie słuchała matki. Gdy koleżanki chciały pożyczyć książki nie pozwalała. Od prac w ogrodzie była zwalniana przez Babkę, jak szła na łąki, nad rzeczkę lub większą rzeką do której wpadała mała. Były to te same tzw. wały, o których pisałem wcześniej przy okazji opisu początku życia. W owym czasie łąki to było miejsce letniego wypoczynku prawie wszystkich mieszkańców miasteczka. Mała rzeczka ma fajne małe wodospady, a poza tym była płytka i bezpieczna do kąpieli dla małych dzieci. Duża jest trochę głębsza i bardziej niebezpieczna. Dzisiaj ludzie w dużo mniejszym stopniu korzystają z łąk. Przez jakiś czas był mały zalew, a tak na krótki wypoczynek jeżdżą nad fajne, czyste i podobno występuje tam jod, jezioro oddalone o 80 km.
Trzeba podkreślić, ze to Mama nauczyła mnie pływać. Naprzód tzw. strzałką, a potem żabką. Jednak ogólnie byłem chłopcem słabowitym, nie wysportowanym. Prawie nie grałem w piłkę, na w-fie byłem straszna noga, tylko na rowerze sporo jeździłem. Oczywiście Ciotka Krysia też z nami chodziła, przeważnie w niedzielę.
W młodości Mama jej brat i w ogóle młodzież namiętnie uprawiali kajakarstwo i narciarstwo. Do końca naszego zamieszkiwania w miasteczku na strychu były narty i kijki. Była też kula do pchania i oszczep. Ten sprzęt sportowy ukrywał Dziadek przed Niemcami, jak zaczęła się okupacja. Podobno w ogrodzie był zakopany kajak, a pod komórkami wiatrówki.

Mama miała fajną pasję – fotografię. Jak byłem w szkole podstawowej uczestniczyłem z nią w wywoływaniu zdjęć. Oczywiście daleko było do fotografii cyfrowej, kolorowa z rzadka się pojawiała, a obróbka była droga. Pozostawały – ciemny pokój, powiększalnik /nasz nazywał się Beta/, kuwety, wywoływacz, woda i utrwalacz /tiosiarczan sodu krystalicznego/. Odczynniki te czasami nie łatwo było zdobyć, trzeba było używać znajomości, jak zresztą przy zakupie większości artykułów w owym czasie.
Pamiętam ze jak Mama naświetlała papiery fotograficzne a ja od stołem włączałem i wyłączałem powiększalnik po obliczeniu na oko przez Mamę czasu naświetlania. Filmy przeważnie NRD-owskie marki ORWO, dawało się do wywołania do fotografa. Później, kiedy ja już zajmowałem się sam fotografią Mama kupiła mi taki pojemnik z prowadnicami gdzie wsuwało się naświetlone filmy, wlewało wywoływacza potem wodę i utrwalacz. Kupiliśmy też suszarkę do odbitek. Jak papier był błyszczący błyszczały, co niektórym się podobało. Były tez papiery fotograficzne matowe, półmatowe itd. Z wycieczki do ówczesnego Związku Radzieckiego Mam przywiozła lustrzankę jedno-obiektywową – Zenit był to już całkiem dobry sprzęt.

Gdy byłem mały wożono mnie nad Bałtyk żebym wdychał jod, ponieważ on dobrze działa na oskrzela. A chorowałem w okresie jesienno-zimowym między innymi na nie średnio co dwa tygodnie. Teraz, jak wspominałem w moim dzienniku, choruję przeważnie na infekcję niewiadomego pochodzenia. Gorączki nie ma, ale stany podgorączkowe ok. 37 stopni mnie męczą.

Gdy chodziłem do szkoły podstawowej zabierano mnie na dłuższe podróże. Babka ściubała pieniądze, kontrolowała wydatkowanie zarobionych przez córkę pieniędzy. Kazała rwać nawet najdrobniejsze porzeczki, co było pracochłonne i mało opłacalne. Oszczędzała do przesady prąd, węgiel, dużo paliło się tzw. miałem. Nie żałowała pieniędzy na jedno – wycieczki do Bułgarii. Żeby pojechać na taką wycieczkę trzeba było oprócz przeznaczenia na to dwie rzeczy. Po pierwsze zdobyć miejsce, przeważnie odstać w kolejce w jednym z głównych biur podróży Orbisie. Po drugie wyrobić na komendzie milicji wkładkę paszportową, która upoważniała do podróżowania po krajach Demokracji Ludowej. Też nie po wszystkich, w niektórych można było przebywać określoną ilość dni w innych konieczne było zaproszenie lub wyjazd na wycieczkę. Wbijali też coś do dowodu osobistego, chyba na granicy, takiej zielonej książeczki z orłem bez korony i napisem Polska Rzeczpospolita Ludowa. Chyba raz była z nami Babka. Na pewno raz była koleżanka Mamy z pracy, też magister farmacji p Tekla. Jeszcze wspomnę o tym koleżeństwie.

Zdjęcie - pixabay.com

Nie da się ukryć, że wczasy w Bułgarii były fascynujące. Sama podróż w przedziale sypialnym przez prawie dwa dni to już było ciekawe przeżycie. Wiadomo, Morze Czarne – pogoda prawie gwarantowana, słońce ale nie Afryka akurat takie jak potrzeba, no i wspaniałe morze z wielkimi czasem falami. Pamiętam jeden z hoteli, w którym mieszkaliśmy, nazywał się Kaliakra. Nigdy wcześniej nie byłem w takim hotelu z łazienką, telefonem i dużym balkonem z widokiem na morze. Było tych wyjazdów dwa lub trzy. Do Bułgarii woziło się wtedy na handel plusz, materiał i krem Nivea. Przywoziło się raczej dolary.

Potem kiedy byłem w liceum pojechałem tam z kolegami i też innego roku byliśmy na Węgrzech w Budapeszcie, a jaszcze później z Żoną i Córką, ale to już inna historia.

Kiedy chodziłem do szkoły średniej, a później na pierwsze studia kontakty z Mamą stały się rzadsze, ograniczały się prawie tylko do spraw finansowych.

W następnym poście o Citce Krysi słów parę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz