Strony

▼

poniedziałek, 5 marca 2018

Wstęp do analizy nadejścia kryzysu

W postach z tej serii przypomnę sobie analizę nadejścia kryzysu. Obiecałem to na stronie Tadeusz – pomagacz z zamiłowania – https://problems-aude.blogspot.com/p/blog-page_3.html

– Dlaczego piszę – nadejścia kryzysu, a nie nawrotu mogącego prowadzić do picia?


 

Ano dlatego, że ja osobiście, szczególnie przy dłuższym trzeźwieniu nie bardzo odróżniam – nawrót utożsamiany z możliwością powrotu do picia /brania, grania, chorej złości/ od kryzysu w życiu człowieka, który może zdarzyć się każdemu i skończyć, jeżeli nie będzie coś z tym robił – przeciwdziałał zaburzeniami depresyjnymi, wypadkiem, chorobą rozstaniem z ukochaną osobą, u osoby uzależnionej, tak jak u mnie dochodzi jeszcze ryzyko powrotu do nałogu. Zapewne osoba uzależniona, jeśli ma nieprzepracowane, jak to mówią swoje problemy, które mogły, lecz niekoniecznie, przyczynić się do zaistnienia uzależnienia może mieć terudniej.

W okresie mojej długiej abstynencji, po około 20 latach /początek uważam był wcześniej będę o tym pisał/niepicia miałem taki kryzys. A wyglądało to tak –

Bardzo niespodziewanie straciłem dobrą pracę, miałem obiecaną przez Szefa stabilne zatrudnienie, przynajmniej przez jakiś czas. Pracy tej może zbytnio nie kochałem, była troszeczkę obok moich pasji, ale w sumie ją lubiłem, dobrze się w niej czułem, zarabiałem w miarę wystarczające pieniądze. Parę miesięcy wcześniej nie pojechałem na rozmowę kwalifikacyjną do pracy bardzo bliskiej moich zainteresowań, uznałem – lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Ewentualne podjęcie tej pracy wiązało się też z rozstaniem z rodziną, raczej na dłuższy, co bardzo mi nie pasowało, ponieważ wbrew pozorom jestem bardzo rodzinny.
Nie posłuchałem swoich tęsknot, które mimo, iż są marzeniami, potrafią się spełnić, jak mocno zechcę, choć gwarancji nikt nie daje.

Utrata pracy sama w sobie się zdarza, u mnie wiązało to się jeszcze z koniecznością zamieszkania osobno z rodziną. Najbardziej dobił mnie ten zawód, jak grom z jasnego nieba.

Z dzisiejszej perspektywy uważam, ze spanikowałem – mogłem szukać rozwiązań, ale zachowałem się niedojrzale myślę, popadłem w depresję /po nowoczesnemu – zaburzenia o charakterze depresyjnym/. Wcale nie myślałem o rozwiązaniu problemu i polepszeniu samopoczucia za pomocą picia alkoholu – co z tego, byłem nie do życia. Po miesiącu zacząłem działać – zgłosiłem się po pomoc psychologiczną, do psychiatry. Powoli trochę odżyłem. Lecz naprawdę odżyłem i to w ciągu trzech dni, jak pojawiła się perspektywa zajęcia i zarobku na jakiś czas. Jednak po paru miesiącach, trochę z winy moich emocji i to się skończyło. Za jakiś czas dołki wróciły, myślałem nawet o samobójstwie. Napiszę kiedyś więcej o tym.

 
Z drugiej strony ostatnio doszedłem do wniosku, z pomocą terapeuty Pawła, że nie jestem Bogiem, ma prawo do błędów, do depresji. Zresztą depresja jest naturalną obroną organizmu przed przeciążeniem psychicznym. Na krótką metę pozwoli wyhamować, sprowokować do refleksji, gorzej jak człowiek trwa w niej za długo.

Trochę się rozgadałem – przejdę teraz do analizy pierwszego okresu mojego kryzysu, może komuś się wyda podobny do jego problemów?









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz