W
postach z tej serii przypomnę sobie analizę nadejścia
kryzysu. Obiecałem
to na stronie Tadeusz
– pomagacz z zamiłowania
– https://problems-aude.blogspot.com/p/blog-page_3.html
Ano
dlatego, że ja osobiście, szczególnie przy dłuższym trzeźwieniu
nie bardzo odróżniam – nawrót utożsamiany z możliwością
powrotu do picia /brania, grania, chorej złości/ od kryzysu
w życiu człowieka, który może zdarzyć się każdemu i
skończyć, jeżeli nie będzie coś z tym robił –
przeciwdziałał zaburzeniami depresyjnymi, wypadkiem, chorobą
rozstaniem z ukochaną osobą, u osoby uzależnionej, tak jak u mnie
dochodzi jeszcze ryzyko powrotu do nałogu. Zapewne osoba
uzależniona, jeśli ma nieprzepracowane, jak to mówią swoje
problemy, które mogły, lecz
niekoniecznie, przyczynić się do zaistnienia uzależnienia może
mieć terudniej.
W
okresie mojej długiej abstynencji, po około 20 latach /początek
uważam był wcześniej będę o tym pisał/niepicia miałem taki
kryzys. A wyglądało to tak –
Bardzo
niespodziewanie straciłem dobrą pracę, miałem obiecaną przez
Szefa stabilne zatrudnienie, przynajmniej przez jakiś czas. Pracy
tej może zbytnio nie kochałem, była troszeczkę obok moich pasji,
ale w sumie ją lubiłem, dobrze się w niej czułem, zarabiałem w
miarę wystarczające pieniądze. Parę miesięcy wcześniej nie
pojechałem na rozmowę kwalifikacyjną do pracy bardzo bliskiej
moich zainteresowań, uznałem – lepszy wróbel w garści niż
gołąb na dachu. Ewentualne podjęcie tej pracy wiązało się
też z rozstaniem z rodziną, raczej na dłuższy, co bardzo mi nie
pasowało, ponieważ wbrew pozorom jestem bardzo rodzinny.
Nie
posłuchałem swoich tęsknot, które mimo, iż są marzeniami,
potrafią się spełnić, jak mocno zechcę, choć gwarancji nikt nie
daje.
Utrata
pracy sama w sobie się zdarza, u mnie wiązało to się jeszcze z
koniecznością zamieszkania osobno z rodziną. Najbardziej dobił
mnie ten zawód, jak grom z jasnego nieba.
Z
dzisiejszej perspektywy uważam, ze spanikowałem – mogłem szukać
rozwiązań, ale zachowałem się niedojrzale myślę, popadłem w
depresję /po nowoczesnemu – zaburzenia o charakterze depresyjnym/.
Wcale nie myślałem o rozwiązaniu problemu i polepszeniu
samopoczucia za pomocą picia alkoholu – co z tego, byłem nie do
życia. Po miesiącu zacząłem działać – zgłosiłem się po
pomoc psychologiczną, do psychiatry. Powoli trochę odżyłem. Lecz
naprawdę odżyłem i to w ciągu trzech dni, jak pojawiła się
perspektywa zajęcia i zarobku na jakiś czas. Jednak po paru
miesiącach, trochę z winy moich emocji i to się skończyło. Za
jakiś czas dołki wróciły, myślałem nawet o samobójstwie.
Napiszę kiedyś więcej o tym.
Z
drugiej strony ostatnio doszedłem do wniosku, z pomocą terapeuty
Pawła, że nie jestem Bogiem, ma prawo do błędów, do depresji.
Zresztą depresja jest naturalną obroną organizmu przed
przeciążeniem psychicznym. Na krótką metę pozwoli wyhamować,
sprowokować do refleksji, gorzej jak człowiek trwa w niej za długo.
Trochę
się rozgadałem – przejdę teraz do analizy pierwszego okresu
mojego kryzysu, może komuś się wyda podobny do jego problemów?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz