niedziela, 14 sierpnia 2022

Depresja

 Na początku przypomnę, że prowadzę zrzutkę na podstronie - Postaw kawę lub zainwestuj w Blogera


Ludzie znierają na różne rzeczy. Może to wyglądać na żebractwo, ale jest to też dla darczyńców pewna inwestycja. Pieniądze szczęścia nie dają, ale dzięki nim można coś zrobić. Na razie to przyszłość, ale może rozwinę tę stronę, może jakiś ośrodek, może będę miał czas na porady. Pomimo tego, że zapijałem w ostatnich czasach zostało mi jeszcze sporo wiedzy, doświadczenia i umiejętności.


Mało piszę, ponieważ dalej nic mi się nie chce. Nie widzę przyszłości. Sensu nic nie ma. Może przejdzie na wolności, ale dalej myślę też o odwyku. Jednak sądzę, że wejście między ludzi będzie lepsze, chociaż to tylko schronisko, którego bardzo nie lubię, a właściwie robi mi się niedobrze na samą myśl.

Zacząłem czytać książkę o której wspominałem - Katolicki przewodnik po depresji - autorzy -
Kheriaty Aaro, Cihak John.


                     Zdjęcie - Ja.


Znalazłem parę fajnych myśli, ale ogólnie to nie bardzo dla mnie. Za bardzo religijna. Zbawienie Świata przez Jezusa, Trójca Święta, tajemnica krzyża itp. są dla mnie nie do uwierzenia, pisałem o tym kiedyś m. in. w poście -
Czy wiara i Bóg potrzebne. Z 04.
05.2022 r.

Natomiast podoba mi się np. określenie depresji jako utraty zwykłej ludzkiej nadziei w przeciwieństwie do zwykłego smutku, który dotyka każdego /s.9/.Człowiek w stanie depresji odczuwa jakby uczucie duszenia, tak pisze pisarz William Styron /s.45/. Mam w tej chwili podobne odczucia. Brakuje mi m. in.  często powietrza. Nie jest to tylko chęć napicia się, tęsknota za wódką jak twierdzi moja znajoma pani Dr jest to coś więcej taka - beznadzieja. Choć oczywiście wiem, że alkohol by pomógł na chwilę  ale potem...
Inna sprawa, że jakbym, wspominałem wygrał lub dostał większe pieniądze to objawy szybko by przeszły. Podobnie, jakby Żona chciała mnie przyjąć z powrotem do mojego też domu.

Smutne jest to, że nigdy nie mamy wystarczająco dużo czasu dla kogoś kogo kochamy /s.12/

Na to zwraca uwagę we wstępie dr J. David Franks.

Autor we wprowadzeniu przypomina, jak trudno jest opisać depresję. Jak zajmuje ona coraz wyższe miejsce pośród chorób psychicznych. 
Przytacza przykład starszej wierzącej kobiety, która pokonała raka, ale popełniła  samobójstwo, bo nie wytrzymała bólu depresji.

Przypomina, że depresja nie jest zwykłym przygnębieniem, zwykłym zagłębieniem w sensie geograficzny, a raczej jest głębokim dołem /s.18, 19/. Myślę, że trudno wyznaczyć granicę, cierpi ciało, psychika i dusza.

U mnie trwa to trochę długo i wszystkie te części cierpią. Moja Dr prowadząca uważa, że to po prostu zwykłe zaburzenia osobowości. Trochę może też, ale mam prawie wszystkie te objawy -

Depresja polega na zaburzeniach nastroju (smutek, utrata przyjemności, pesymistyczne spojrzenie na świat i siebie samego). Możemy ją podejrzewać, jeśli taki stan trwa ponad dwa tygodnie i ma znaczący wpływ na codzienne życie (trudności ze snem, zaburzenia apetytu i popędu seksualnego, utrata sprawności intelektualnej, chęć izolacji).

Depresja nie jest chwilowym obniżeniem nastroju, ale poważnym zaburzeniem psychicznym. Co znaczy, że mówienie do chorego, by wziął się w garść, nie pomoże mu. Sama wola nie pozwala się z tego wydostać. Depresję trzeba leczyć.

Czasem niektóre objawy depresji się utrzymują: najczęściej są to problemy ze snem, jedzeniem i seksem, chroniczne zmęczenie, niepokój, pesymizm, niska samoocena, brak motywacji, zmniejszone uczucia emocjonalne, oraz utrzymywanie się depresyjnych myśli.

https://pacjent.gov.pl/jak-zyc-z-choroba/kiedy-smutek-jest-choroba

Ponad 2 tygodnie się utrzymuje itd. tylko apetyt jako tako i śpię, ale po lekach może.

Wspomniałem tu o duszy. Każdy czuje co to jest, ale trudno to zdefiniować. Duchowość wg mnie nie musi się wiązać z religijności. Duchowością może być też np. przeżywanie piękna, też miłość szeroko rozumiana często wykracza poza zwykłe uczucia.

Przy depresji modlitwa nie zastąpi leczenia, tak jak leczenie nie zastąpi modlitwy. Nie znaczy to, że niewierzący muszą się modlić, aby wyzdrowieć. Wrócę do tego.

Na razie przerwę lekturę. Trochę napisałem, ale czuję się źle - kawa i papierosy mi nie smakują, to głupie, ale to ważny objaw u mnie.

środa, 10 sierpnia 2022

Szpital.

Dawno nic nie pisałem na stronie. Wynika to z faktu, że jak już wcześniej pisałem, że nie mogę się za nic zabrać.

Mam takie objawy jak przy tak zwanym - syndromie chronicznego zmęczenia, tylko, że one jak się definiuje utrzymać się muszą przez pół roku.

Niby ostatnio czułem się czasami trochę lepiej, ale niekiedy miewam  straszne bóle stawów, czasem mniejsze, to raczej na tle nerwowym.

Ale najgorsze jest to, że jestem ciągle bardzo słaby. Śpię normalnie, ale wstaję zmęczony i w zasadzie cały dzień jestem do kitu, nie mam siły nic robić, nawet siedzieć mi ciężko.

Czasami samopoczucie bywało bardzo kiepskie, aż się wściekałem, chociażby z tego względu trzeba jeszcze trochę posiedzieć w szpitalu, bo są nawroty kryzysu - będą i później, ale z drugiej strony trzeba wyjść, bo raczej tu mi się nie polepszy już. Niby poprzednio opracowałem plan jak wtedy reagować  ale nie zastosowałem, jeszcze raz trzeba powtórzyć. Wyraźnie to u mnie czuć jak dzieje się coś niedobrego - trzeba przeczekać, leki, a ja szybko wódką chcę zwalczyć, pomaga przez chwilę.

Ale chyba główny powód złego samopoczucia to to - że muszę pójść do schroniska, na samą myśl mi się robi słabo i niedobrze.
Czasem wraca też przeszłość bliższa i dalsza, dobra i zła. Też bardzo dalsza, kiedy byłem młody i snułem marzenia.

Mój znajomy Terapeuta napisał znowu długi list. Każdy list od Niego to dla mnie promyk słońca. Tylko listy do Niego i do Żony /wiem, że to głupie do niej pisać/, jakoś trochę chce mi się pisać, a i tak zmuszam się do pisania, chodzę z kąta w kąt palę papierosy.

Trochę mam z kim porozmawiać, ale wszystko jasne nie ma o czym, mówią - zaczynać jeszcze raz, a ja jak pisałem nie bardzo mam na to siłę.
Mam jednego Kolegę z którym dużo rozmawiam, ale jest on w podobnym marazmie jak ja, pisałem kiedyś o nim. Odnowiłem znajomość z jeszcze drugim, wrócił do picia sporadycznie po 7 latach abstynencji, ostatnio był na odwyku i zadowolony, ale trochę popijał ostatnio, czasami mam jeszcze dwie osoby, z którymi mogę porozmawiać, tu na oddziale nikogo.

Chyba wystarczy tego użalania, było i jest ono czasami potrzebne, może pora myśleć o przyszłości. Ten szok, którego doznałem po ostatnim zapiciu przypomina PTSD - zespół stresu pourazowego. Poprzednie zapicia oprócz dwóch ostatnich były normalne, jeśli tak można powiedzieć. Może jeszcze jedno po rocznej abstynencji ciężkie, ale na krótko. A tak to z boku wygląda jakbym się przyzwyczaił do zapić. Parę dni i zapominam. Po kilkunastu znowu mogę pić, chyba, że jestem w schronisku to się pilnuję, ale po pójściu na stancję wiadomo...

PTSD trochę w części przechodzi po 1-2 miesiącach, tu sama zmiana myślenia na siłę nie pomoże - trzeba czasu, tu jest podobnie, był szok straszny po tym jak sobie zdałem sprawę co zrobiłem.

W schronisku będę cały czas czuł się źle, może jak praca to lepiej.

Myślenie o zmarnowanej szansie jednak wraca, staram się je odpędzić. Codziennie proszę Boga, tak jak go rozumiem, żeby dał mi zapomnienie i otworzył szansę na przyszłość. Też myśli, żeby skończyć ze sobą powtarzają się. Wracam też niepotrzebnie myślami do poprzednich lat - bardzo długo trwa ten nawrót picia. Przypomina mi o tym Terapeuta i znajoma pani Dr. Jest to nie do pojęcia. Wydawało się wtedy, że abstynencja była bardzo stabilna. Nie wiem jak mogłem nie zauważyć, że kropelki szkodzą. Brałem co prawda wcześniej krople żołądkowe też na alkoholu, ale bardzo sporadycznie, Cardiol C brałem regularnie.

Rozważałem znowu odwyk. Mój znajomy Terapeuta uważa, że jest to panaceum na wszystko, nie wiem dlaczego. Ja dalej się z tym nie zgadzam, może trochę coś bym wziął. Nie chce mi się jednak znowu opisywać życia i picia. Prawie wszystko opisałem na blogu. W moim mieście boję się wyrzucenia  już kiedyś wyleciałem - wtedy gdzie pójdę. W małym teraz mało terapeutów i problem logistyczny - pampersy itd. Sam dojazd to dla mnie problem ze względu na pęcherz.

A w ogóle nie chce mi się siedzieć jeszcze 2 miesiące w szpitalu, jak mam zapić to zapiję, i po odwyku i po schronisku, jak nie to nie, nie mogę cały czas w zamknięciu, a po długim, rocznym pobycie w hostelu dla uzależnionych i tak po miesiącu piłem.

Kompletnie nie wiem co robić. Na pewno jeszcze trochę trzeba posiedzieć na psychiatrii, może będę się czuł - odpukać jeszcze lepiej.

Pisałem już o Antalcolu. Niektórzy uważają, że szkodliwy. Tak, bo to siarka, ale wódką też szkodzi pewnie bardziej. Przy pierwszym trzeźwieniu na początku brałem doraźnie i było OK.

Są zioła, które wspomagają i redukują szkody - Kudzu i Alkotox, ale nie zastąpią myślenia i wyrobienia odruchu - nie sięgam, pamiętam co było potem.

Zadzwoniłem do pracy do Żony, - jak usłyszała że ja zaraz przerwała rozmowę. W sumie to też moje mieszkanie, formalnie było całkiem moje, przepisałem je na Córkę, ale traktuję je jako wspólne nas trojga.
Inna sprawa to to, że mogę mieć mieszkanie, a nie mieć prawa mieszkać.

Proponuje mój znajomy Terapeuta lekturę historii uzależnionych, którym się udało i odradza literaturę psychologiczną. Ja parę lat temu też mógłbym napisać historię zwycięstwa, ale potem wszystko szlak trafił.

Historii trzeźwych uzależnionych się nasłuchałem, w większości one mnie nudzą. Nie mam ochoty ich czytać.

Psychologiczna literatura mi pomaga np. oczywiście Frankl - jego spojrzenie na cierpienie i że nigdy nie jest za późno by sens znaleźć. Mam na tyle dystansu, że mi nie zaszkodzi, a może pomóc tym bardziej, że nie mam dostępu do psychoterapii. Picie owszem, ale są też inne problemy. Osobowość zaburzona nie tylko przez wódkę, ale jednak picie najbardziej do zaburzeń się przyczynia.

Aparatu słuchowego mi nikt teraz nie sfinansuje po utracie. Raz na 5 lat się należy. Na Żonę mógłbym wziąć, ale kiedyś mówiła, że sama może potrzebował. Żadnego zasiłku jak renta nie dadzą. Dzwonienie jest bez sensu.

Pisze Teraz -

dlaczego Pan
ma ciągle nawroty od ładnych paru lat? Zupełny brak stabilnej
abstynencji. Dlaczego? Co z Panem jest nie tak? Jak Pan na to sobie
odpowiada? A to teraz trzeba myśleć, a nie jak będzie lokum i praca, bo
wtedy motywacji do trzeźwości to już za grosz nie będzie.
Może tym razem uda się zrobić coś inaczej? Co prawda jeszcze się nie
zanosi, ale cuda się zdarzają.

Nie bardzo rozumiem co ma na myśli, co oprócz zmiany myślenia mógłbym teraz zrobić? Powie oczywiście - odwyk, ale co poza tym? Tylko odwyk, a jeśli nie?
A przyczyny powrotów do picia są dwie podstawowe -

- nieuznanie bezsilności wobec alkoholu
- pycha - mogę wypić od czasu do czasu kontrolowanie

Z pośrednich -

- rzadko AA - chociaż czasem nudzi i nie słyszę
- HALT

itp.

Mam dużo rzeczy do opisania ale -
- nie chce mi się, to z braku siły;
- zniechęcenie wywołane m.in. przez brak wiary w dobrą przyszłość;
- na telefonie ciężko.

Znalazłem książkę - Katolicki przewodnik po depresji - autorzy -
Kheriaty Aaron Cihak John.

Przejrzę, jak zwykle z pewnym dystansem. Może opiszę trochę wrażenia z lektury.

Dzisiaj zacząłem też załatwiać schronisko - trzeba jakoś się zmobilizować, nie wiem jak.





Szpital.

Dawno nic nie pisałem na stronie. Wynika to z faktu, że jak już wcześniej pisałem, że nie mogę się za nic zabrać.

Mam takie objawy jak przy tak zwanym - syndromie chronicznego zmęczenia, tylko, że one jak się definiuje utrzymać się muszą przez pół roku.

Niby ostatnio czułem się czasami trochę lepiej, ale niekiedy miewam  straszne bóle stawów, czasem mniejsze, to raczej na tle nerwowym.

Ale najgorsze jest to, że jestem ciągle bardzo słaby. Śpię normalnie, ale wstaję zmęczony i w zasadzie cały dzień jestem do kitu, nie mam siły nic robić, nawet siedzieć mi ciężko.

Czasami samopoczucie bywało bardzo kiepskie, aż się wściekałem, chociażby z tego względu trzeba jeszcze trochę posiedzieć w szpitalu, bo są nawroty kryzysu - będą i później, ale z drugiej strony trzeba wyjść, bo raczej tu mi się nie polepszy już. Niby poprzednio opracowałem plan jak wtedy reagować  ale nie zastosowałem, jeszcze raz trzeba powtórzyć. Wyraźnie to u mnie czuć jak dzieje się coś niedobrego - trzeba przeczekać, leki, a ja szybko wódką chcę zwalczyć, pomaga przez chwilę.

Ale chyba główny powód złego samopoczucia to to - że muszę pójść do schroniska, na samą myśl mi się robi słabo i niedobrze.
Czasem wraca też przeszłość bliższa i dalsza, dobra i zła. Też bardzo dalsza, kiedy byłem młody i snułem marzenia.

Mój znajomy Terapeuta napisał znowu długi list. Każdy list od Niego to dla mnie promyk słońca. Tylko listy do Niego i do Żony /wiem, że to głupie do niej pisać/, jakoś trochę chce mi się pisać, a i tak zmuszam się do pisania, chodzę z kąta w kąt palę papierosy.

Trochę mam z kim porozmawiać, ale wszystko jasne nie ma o czym, mówią - zaczynać jeszcze raz, a ja jak pisałem nie bardzo mam na to siłę.
Mam jednego Kolegę z którym dużo rozmawiam, ale jest on w podobnym marazmie jak ja, pisałem kiedyś o nim. Odnowiłem znajomość z jeszcze drugim, wrócił do picia sporadycznie po 7 latach abstynencji, ostatnio był na odwyku i zadowolony, ale trochę popijał ostatnio, czasami mam jeszcze dwie osoby, z którymi mogę porozmawiać, tu na oddziale nikogo.

Chyba wystarczy tego użalania, było i jest ono czasami potrzebne, może pora myśleć o przyszłości. Ten szok, którego doznałem po ostatnim zapiciu przypomina PTSD - zespół stresu pourazowego. Poprzednie zapicia oprócz dwóch ostatnich były normalne, jeśli tak można powiedzieć. Może jeszcze jedno po rocznej abstynencji ciężkie, ale na krótko. A tak to z boku wygląda jakbym się przyzwyczaił do zapić. Parę dni i zapominam. Po kilkunastu znowu mogę pić, chyba, że jestem w schronisku to się pilnuję, ale po pójściu na stancję wiadomo...

PTSD trochę w części przechodzi po 1-2 miesiącach, tu sama zmiana myślenia na siłę nie pomoże - trzeba czasu, tu jest podobnie, był szok straszny po tym jak sobie zdałem sprawę co zrobiłem.

W schronisku będę cały czas czuł się źle, może jak praca to lepiej.

Myślenie o zmarnowanej szansie jednak wraca, staram się je odpędzić. Codziennie proszę Boga, tak jak go rozumiem, żeby dał mi zapomnienie i otworzył szansę na przyszłość. Też myśli, żeby skończyć ze sobą powtarzają się. Wracam też niepotrzebnie myślami do poprzednich lat - bardzo długo trwa ten nawrót picia. Przypomina mi o tym Terapeuta i znajoma pani Dr. Jest to nie do pojęcia. Wydawało się wtedy, że abstynencja była bardzo stabilna. Nie wiem jak mogłem nie zauważyć, że kropelki szkodzą. Brałem co prawda wcześniej krople żołądkowe też na alkoholu, ale bardzo sporadycznie, Cardiol C brałem regularnie.

Rozważałem znowu odwyk. Mój znajomy Terapeuta uważa, że jest to panaceum na wszystko, nie wiem dlaczego. Ja dalej się z tym nie zgadzam, może trochę coś bym wziął. Nie chce mi się jednak znowu opisywać życia i picia. Prawie wszystko opisałem na blogu. W moim mieście boję się wyrzucenia  już kiedyś wyleciałem - wtedy gdzie pójdę. W małym teraz mało terapeutów i problem logistyczny - pampersy itd. Sam dojazd to dla mnie problem ze względu na pęcherz.

A w ogóle nie chce mi się siedzieć jeszcze 2 miesiące w szpitalu, jak mam zapić to zapiję, i po odwyku i po schronisku, jak nie to nie, nie mogę cały czas w zamknięciu, a po długim, rocznym pobycie w hostelu dla uzależnionych i tak po miesiącu piłem.

Kompletnie nie wiem co robić. Na pewno jeszcze trochę trzeba posiedzieć na psychiatrii, może będę się czuł - odpukać jeszcze lepiej.

Pisałem już o Antalcolu. Niektórzy uważają, że szkodliwy. Tak, bo to siarka, ale wódką też szkodzi pewnie bardziej. Przy pierwszym trzeźwieniu na początku brałem doraźnie i było OK.

Są zioła, które wspomagają i redukują szkody - Kudzu i Alkotox, ale nie zastąpią myślenia i wyrobienia odruchu - nie sięgam, pamiętam co było potem.

Zadzwoniłem do pracy do Żony, - jak usłyszała że ja zaraz przerwała rozmowę. W sumie to też moje mieszkanie, formalnie było całkiem moje, przepisałem je na Córkę, ale traktuję je jako wspólne nas trojga.
Inna sprawa to to, że mogę mieć mieszkanie, a nie mieć prawa mieszkać.

Proponuje mój znajomy Terapeuta lekturę historii uzależnionych, którym się udało i odradza literaturę psychologiczną. Ja parę lat temu też mógłbym napisać historię zwycięstwa, ale potem wszystko szlak trafił.

Historii trzeźwych uzależnionych się nasłuchałem, w większości one mnie nudzą. Nie mam ochoty ich czytać.

Psychologiczna literatura mi pomaga np. oczywiście Frankl - jego spojrzenie na cierpienie i że nigdy nie jest za późno by sens znaleźć. Mam na tyle dystansu, że mi nie zaszkodzi, a może pomóc tym bardziej, że nie mam dostępu do psychoterapii. Picie owszem, ale są też inne problemy. Osobowość zaburzona nie tylko przez wódkę, ale jednak picie najbardziej do zaburzeń się przyczynia.

Aparatu słuchowego mi nikt teraz nie sfinansuje po utracie. Raz na 5 lat się należy. Na Żonę mógłbym wziąć, ale kiedyś mówiła, że sama może potrzebował. Żadnego zasiłku jak renta nie dadzą. Dzwonienie jest bez sensu.

Pisze Teraz -

dlaczego Pan
ma ciągle nawroty od ładnych paru lat? Zupełny brak stabilnej
abstynencji. Dlaczego? Co z Panem jest nie tak? Jak Pan na to sobie
odpowiada? A to teraz trzeba myśleć, a nie jak będzie lokum i praca, bo
wtedy motywacji do trzeźwości to już za grosz nie będzie.
Może tym razem uda się zrobić coś inaczej? Co prawda jeszcze się nie
zanosi, ale cuda się zdarzają.

Nie bardzo rozumiem co ma na myśli, co oprócz zmiany myślenia mógłbym teraz zrobić? Powie oczywiście - odwyk, ale co poza tym? Tylko odwyk, a jeśli nie?
A przyczyny powrotów do picia są dwie podstawowe -

- nieuznanie bezsilności wobec alkoholu
- pycha - mogę wypić od czasu do czasu kontrolowanie

Z pośrednich -

- rzadko AA - chociaż czasem nudzi i nie słyszę
- HALT

itp.

Mam dużo rzeczy do opisania ale -
- nie chce mi się, to z braku siły;
- zniechęcenie wywołane m.in. przez brak wiary w dobrą przyszłość;
- na telefonie ciężko.

Znalazłem książkę - Katolicki przewodnik po depresji - autorzy -
Kheriaty Aaron Cihak John.

Przejrzę, jak zwykle z pewnym dystansem. Może opiszę trochę wrażenia z lektury.

Dzisiaj zacząłem też załatwiać schronisko - trzeba jakoś się zmobilizować, nie wiem jak.