Witam ponownie czytelników!
NIE CHCE MI SIĘ NIC ROBIĆ…” – to nie rób nic. Po co robić coś, co tak naprawdę nie sprawia nam przyjemności, co nas męczy. Czasami warto podarować sobie taki wolny dzień, a nawet kilka takich dni, jeśli czujemy, że tego potrzebujemy.
- fragment książki Aleksandry Jagodzińskij - Bliskie Rozmowy.
To stan jak mam w ostatnim okresie. No i prawie nic nie robię. Fajnie - tylko tych wolnych dni mam ostatnio raczej za dużo.
Ostatni raz zamieściłem post miesiąc temu, brakuje mi tego pisania, ale niestety tak wyszło.
Złożyło się na to parę przyczyn -
- miałem nawrót objawów kryzysu, depresji, czy też nawrót chęci picia, jak uważa moja pani Dr;
- wróciły myśli o głupim, ostatnim zapiciu i jego konsekwencjach, niby trochę się pogodziłem, ale wraca;
- myśli o konieczności niechcianego, a koniecznego pobytu w schronisku, przynajmniej przez jakiś czas;
- jakaś infekcja, niby tylko do 37,4 dochodziło, ale czułem się źle, jakbym miał dużo więcej, tak miewam, apetyt gorszy, papieroy i kawa tak nie smakują jak trzeba. Ostatnio wyszła z krwi infekcja - CRP 100 przy normie 5, jestem teraz na antybiotyku przez 10 dni i przez to przedłużył się pobyt w szpitalu. Jak skończę antybiotyk trzeba będzie wychodzić w końcu.
- A przede wszystkim ogromna niechęć, wręcz wstręt do pisania, czytania.
Marnuję czas kręcę się w tą i tamtą, doczego to potrzebne?
Śpię czasem w dzień co mi się nigdy nie zdarzało, raz spałem 18 godzin.
Przeglądam Facebooka, są tam nie tylko głupoty, ale są i ciekawe posty, odnośniki do interesujących artykułów. Ale głównie powinienem stosować autoterapię, chociażby przez pisanie i czytanie literatury psychologicznej.
To ostatnie, ta odraza myślę, że wynika z dwóch rzeczy -
- Źle mi samemu, tęsknię za Żoną, łudzę się, że jeszcze ją odzyskam pomimo krzywd, które jej zrobiłem. Śni mi się po nocach ciągle tak jak Córką, myślę ciągle o niej, wspominam dobre chwile spędzone razem. Jak pisałem - wiem, że to niepoważne, ale tak mam. Całe życie tylko Ją kochałem i kocham nadal. Ciężko mi żyć bez Niej. Myślę, że mieści się to w granicach normy. Jest wiele przykładów takiej miłości wśród ludzi mniej lub bardziej znanych.
- Przypomina mi się też całe życie. Chyba mam za dużo czasu wolnego.
Było dużo porażek, ale też wiele sukcesów, które nie zawsze do końca wykorzystałem.
Nie wiem na ile jest to sens, ale mam ochotę na opisanie niektórych wspomnień. Z jednej strony to niezdrowe, ale z drugiej może da się opisać i w końcu zamknąć pewne rozdziały.
Jak tak patrzę wstecz to wyróżniam 4 rozdziały -
1. Dzieciństwo i wczesna młodość. Trochę pisałem o tym w wątku Moje dzieje. Trzeba by tu uzupełnić to i owo.
2. Wczesna młodość tak od ok. 20 do 30 r.ż. Czas w większości zmarnowany. Okres studiów itp., wymaga opisu.
3. Okres od poznania Żony do momentu powrotu do picia - małżeństwo, rodzicielstwo, trzeźwienie, działalność pomocowa. Bardzo fajny czas, choć często niedoceniany. Warto parę słów o tym chociażby dla przyszłych pokoleń .
4. Okres powrotu do picia, potężnych problemów, klęsk jedna za drugą. Opisywałem to w wątku Dziennik.
Ten ostatni okres szczególnie rzutuje na ocenę mojego życia. Uważam je za zmarnowane, przekreśliłem wszystko co miałem. Sądzę, że już nic dobrego mnie nie spotka już w życiu, wszystko przepadło, wiek też już nie ten. Została tylko wegetacja. Marna emerytura, nawet na stancję nie będzie bez pracy, chyba, że jednak wrócę jakimś cudem do mojego też mieszkania. Wszystkie marzenia szlak trafił
i nie widzę sensu, aby cokolwiek robić ponad to co muszę, aby przeżyć. Często zastanawiam się, czy warto dalej żyć. To wszystko to gówno oprócz moczu.
Jakaś cicha nadzieja się tli, ale bardzo słabo.
Nie wszystko w życiu straciłem przez picie alkoholu, ale bardzo dużo. Poza tym nie podążałem często za marzeniami -
Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca.
Joseph Conrad, Lord Jim.
Były złe decyzje, ale z drugiej strony na dany czas były racjonalne co nie znaczy, że właściwe, ale to tak dzisiaj po latach wygląda.
Podam przykład -
Jak miałem naście lat chciałem zostać nauczycielem tak jak Babka i Dziadek. Ponieważ w owym czasie zarobki nauczycieli były marne /podobnie jak dzisiaj/ wybrałem kierunek studiów - politechnika - budowa dróg i mostów. Inżynierowie lepiej zarabiali. Nie do końca kochałem inżynierię, ale była całkiem spoko. Z matematyką i fizyką nieźle sobie radziłem, nie byłem wybitny, ale do nauczania wystarczyłoby raczej.
Mogłem zresztą pójść do nauczycielstwa i po politechnice, ale wtedy zacząłem więcej pić. Rok studiów potem urlop dziekański, potem studia i znowu urlop i tak zaliczyłem 2,5 lat studiów, 5 w sześć lat. Wróciłem jeszcze na zaoczne studia na jeden semestr, ale już nie bardzo dawałem radę bo ta mała działalność gospodarcza i ciężko. A może nie miałem wtedy przekonania do nich, bo przecież zaocznie uniwersytet potem skończyłem i magistra zrobiłem. Diabli wiedzą po co, ale to zupełnie inna bajka.
W tym w drugim okresie życia zdarzyło mi się jednak uczyć trochę w szkole. Nie pamiętam, czy w przerwach studiów, czy po, może po.
W tym czasie było wiele małych wiejskich szkół podstawowych, potem dopiero zrobiono zbiorcze. Te wiejskie były kameralne, parę klas w klasie kilkanaście, czasem kilkoro uczniów. Brakowało tam nauczycieli więc zatrudniano osoby nawet po liceum i tygodniowym kursie. I ja tak się zatrudniłem. Dojeżdżałem do małej szkoły w pobliskiej wsi. Autobus PKS miałem tak, że akurat zdążałem na lekcje i miałem powrót po. Uczyłem matematyki, bardzo mi to się podobało. Niestety przyszedł Dzień Nauczyciela i zacząłem świętować, naprzód w szkole, później z kolegami. No i oczywiście ciąg I zatrucie. Już wtedy tak miewałem. Do szkoły nie wróciłem, chociaż mnie chcieli chociażby do wychowania technicznego teraz. Najbardziej, pomijając wszystko, było mi głupio że zawiodłem takiego chłopaczka, który mnie polubił i czekał codziennie na mnie kiedy przyjeżdżał autobus.
Zatrudniłem się jeszcze w innej szkole jako nauczyciel wychowania technicznego, ale chyba, nie pamiętam nawet nie podjąłem pracy. Ojciec przyjaciela załatwił mi pracę też jak nauczyciel wychowania technicznego, ale nie przyjąłem jej.

I tak moje marzenia legły w gruzach. Oczywiście przez picie alkoholu. Mogłem sobie na to pozwolić gdyż jak to mówią miałem zapewniony wikt i opierunek przez Ciotkę, Mamę i Babkę. Pobyt na studiach stancja itp. opłacony. Na papierosy i alkohol dało się wyciągnąć.
Jeszcze parę rzeczy warto by opisać, może później. W każdym razie stracony czas. Najgorsze, że miałem predyspozycje i mam do nauczania i przepadło. Potem w okresie długiej trzeźwości jakoś to odżałował i myślę odkupiłem, a teraz znowu wróciło.
Ogólnie na dzień dzisiejszy narzekam jak zwykle, doła mam dużego, a powinienem trochę optymizmu w siebie tchnąć tym bardziej, że muszę stawić czoło życiu poza szpitalem - schronisko, niestety itp.