Miałem pisać o swojej autoterapii w poprzednim poście, ale jak zwykle zeszło.
Na początku przywołam cytat z książki Człowiek w poszukiwaniu sensu. Viktora Frankla -
Nie należy poszukiwać w życiu jakiegoś abstrakcyjnego sensu. Każdy człowiek ma swoje wyjątkowe powołanie, którego nikt inny nie może za niego wypełnić.
Ja tę myśl rozumiem tak, że nie ma co kombinować, szukać nie wiadomo czego, jakichś szczytnych idei tylko trzeba zająć się sobą. Tym co ja czuję, wyznaję, co jest bliskie mojej duszy.
Przypomnę też z postu Nauki Mistrza myśli, wskazówki do poszukiwania sensu sformułowane przez Victora Frankla -
Każdy człowiek nie tylko chory może poszukiwać sensu, realizować się poprzez -
- działanie i twórczość;
- doświadczanie;
- postawę wobec cierpienia.
Ogólnie powiem, że poszukiwanie sensu chociaż czasami może komuś wydawać się niepotrzebne jest kurcze trudne, ale jednak kierując się intuicją wierzę, że poszukiwanie sensu ma sens.
Zacznę od cierpienia ponieważ jest to dla mnie najtrudniejsze.
Filozoficznie - to skoro Los, natura czy Bóg stworzył cierpienie to jest ono do czegoś potrzebne czyli musi mieć sens tylko mi często trudno go znaleźć.
Największą zagadką dla mnie jest jak Frankl znalazł sens w strasznych cierpieniach podczas pobytów obozach koncentracyjnych. Nie stracił sensu ani zaufania do Boga. Swoje przeżycia w obozie opisuje w pierwszej części wspomnianej już przeze mnie książce.
Podobnie Stanisław Grzesiuk bard Warszawy w książe Pięć lat kacetu wspomina z takim lekkim dystansem swoje przeżycia w paru obozach koncentracyjnych. Przepłacił to gruźlicą i chyba zapijał wspomnienia /Na marginesie życia/, ale musiał czuć sens w tej beznadziejnej sytuacji skoro przeżył i zachował godność. Nie pisze o sensie wprost tak jak Frank, ale ten jego prosty język można rzec obiektywne spojrzenie bardzo przemawia do mnie.
Nie wiem, chociaż nigdy nie wiadomo i daj Boże obym nie miał okazji się o tym przekonać jakbym ja zachował się w tej sytuacji, raczej nie dałbym rady poszedłbym chyba na druty. Wrażliwy jestem i lektura tych książek była dla mnie bardzo trudna. Mimo, że to są niełatwe książki sądzę, że powinny być zalecane w szkołach może wtedy byłoby mniej głupich zachowań, mniej szczucia na swoich i obcych, może byłoby więcej empatii.
Mój Wujek brat Babki też zginął na Majdanku. Nie wiem dokładnie jak było, ale zapewne musiał brać udział w ruchu oporu. A Babka mawiała -
- po co mu to było, nie mógł cicho siedzieć.
Podobnie trudno mi pojąć postawę niektórych w ciężkich, czasem śmiertelnych chorobach, które wywołują ogromne cierpienia. Wiele osób znosi to z pokorą widzi w tym jakiś sens szczególnie Ci szczerze wierzący, inni się kompletnie załamują, niektórzy popełniają samobójstwa lub poddają się eutanazji. Nie mam najmniejszego prawa komentować i ich oceniać.
Ks. Tischner podobno podczas ciężkiej, śmiertelnej choroby miał stwierdzić, że cierpienie nie uszlachetnia, ale jemu sens w cierpieniu dawała głęboka wiara w Boga.
Ludzie modlą się proszą o lekką śmierć najlepiej we śnie jak moja cioteczna Babka. Ja też bym tak chciał. Przeżywania śmierci nie doznają też osoby z demencją czy Atlzeimer, wolałbym jednak nie.
Jak byłem w szpitalach też widziałem umieranie na łóżku obok, chorzy byli w zasadzie nieprzytomni. Podobnie jak tutaj kolega z pokoju, prawie nie kojarzył jak go zabierali do szpitala, podejrzewali ciężką depresję, ale okazało się, że jakiś guz na jelicie, nie przeżył operacji, też nie był świadomy, że umiera. Inni chcą umrzeć świadomie aby się wyspowiadać, pożegnać z bliskimi. Bardzo przykry pogrzeb, nie wiadomo od dawna co jego synem, nigdy się z nim nie kontaktował od 10 lat jak tu mieszkał, a dalsza rodzina? Ziemny grób prosty krzyż, ale najgorsza ta samotność.
Ja tam za bardzo nie zwracam uwagi na to co będzie się działo z moim ciałem po śmierci. Ale jednak mam nadzieję, że jakby co to mnie spalą i pochowają w rodzinnym grobie. Mamę też skremowałem, w jakim celu trzymać szczątki.
Nie wiem tylko czemu Bóg, a może Los skazuje jednych na cierpienie przed śmiercią, a innym pozwala umrzeć spokojnie. Trochę zależy jaką kto przyjmie postawę wobec cierpienia.
Właśnie tu Frankl zauważa, że wobec nieuchronności cierpienia, nie mam na nie wpływu, ale mam wolność wyboru swojej postawy wobec cierpienia.
I tak też w innych sytuacjach mniej drastycznych nie mam raczej wpływu na to co Los zgotuje, ale mam wpływ na swoje postępowanie. Tu mi się kojarzy pojęcie wolnej woli o czym już kiedyś wspominałem, ale to inne i bardzo szerokie zagadnienie.
I tu przywołam Modlitwę o Pogodę Ducha, którą napisał pastor Niebuhr. Pasuje mi ona w tym miejscu.
Boże, /Siło Wyższa/ użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.
Stosują ją Anonimowi Alkoholicy.
No dobrze, ale cierpimy nie tylko w poważnej chorobie czy w obliczu śmierci. Cierpię wielu innych bardziej codziennych sytuacjach jak -
- umrze ktoś bliski;
- mam prawdziwą grypę, czy inną przypadłość;
- się zakocham lub odkocham;
- jak stracę pieniądze;
- itd.
I teraz mogę wobec tych zdarzeń przyjąć różną postawę. Wiadomo na przykład, że jak zachoruję na grypę łatwiej wyzdrowieję jak okażę trochę pokory, a nie będę się szarpał i wkurzał na Los. Wobec utraty pieniędzy też mogę się różnie zachować, zależy to też od konkretnej sytuacji - ile i kiedy. Niektórzy mogą długo cierpieć z tego powodu i pogrążać się w cierpieniu inni powiedzą, że to pierdoły. Mogę sam sobie zadawać niepotrzebnie większe cierpienie.
Przytaczałem już poprzednio cytat cytatu -
Ten, kto wie, dlaczego żyje, nie troszczy się o to, jak żyje /cytat Nietzschego, często przytaczany przez Frankla/
Ładnie mi się tutaj komponuje. Oczywiście ja jak to ja muszę coś wtrącić. Prawie wszystko to prawda co mówi Nietzsche jeżeli mam zaspokojone podstawowe potrzeby - jedzenie, mieszkanie itp. Tu zwykle odwołuję się do trójkąta Maslowa. Kiedy mam podstawowe poczucie bezpieczeństwa mogę się nie troszczyć o inne drobiazgi. Chociaż nie jest to regułą, Frankl i Grzesiuk nie mieli absolutnie żadnego poczucia bezpieczeństwa, a jednak świadomie czy podświadomie czuli, że jest PO CO trwać. Wielu artystów, naukowców żyjąc w skrajnie trudnych warunkach, będąc czasem chorymi stworzyło wielkie dzieła na przykład: Nikifor, Vincent van Gogh, Stephen Hawking, Maria Skłodowska i wielu innych. Mnie taka postawa przychodzi z trudem, ale ciągle się uczę. Co prawda nie mam tu złych warunków do życia, wprost przeciwnie, ale na początku pobytu w dpsie odbierałem go jako trochę wyrok, CIERPIAŁEM. Inna sprawa - miałem też wtedy nasilenie objawów depresyjnych co dodatkowo pogarszało sytuację. Subiektywnie odbierane warunki wpływały na depresję, a depresja wpływała na postrzeganie warunków, sprzężenie zwrotne. Do tej pory uważam i jest to prawda, że to nie jest miejsce dla mnie tyle że teraz je zaakceptowałem i uznałem, że ze względu na jeszcze niedoleczone zdrowie jednak jest to miejsce dla mnie na tę chwilę.
Poza tym bardzo źle wpływali na mnie współlokatorzy, mający duże zaburzenia. Mam trochę pretensji o to że dali mnie do takich pokojów. Teraz mam super współlokatorów, albo śpią, albo gdzieś łażą, bez większego kontaku. Na razie został jeden, drugi umarł.
Cierpieniem jest dla mnie też rozstanie z Żoną i Córką w zasadzie z mojej winy to że z mojej to jeszcze bardziej boli. Nie sądzę, żeby to była w 100% moja wina, nie będę się tak całkiem pogłębiał, ale to inny temat.
Ogólnie trochę się w życiu nacierpiałem, ale nie jakoś nadzwyczajnie - porąbana rodzina, dzieciństwo szczęśliwe, ale chwilami nie bardzo, śmieć Ciotki w młodym wieku, która była mi drugą matką. Jednak chyba najwięcej nacierpiałem się przy prawie każdym wychodzeniu z ciągu alkoholowego, a było tych ciągów trochę nie wspominając. I też za każdym razem po około dwóch tygodniach wracałem do kontrolowanego picia, które znowu kończyło się ciągiem.
W tych lżejszch cierpieniach mogę znaleźć jakiś sens, stosunkowo łatwo przyjąć właściwą postawę wobec cierpienia i może być z niego pożytek, pozwala mi na przewartościowanie swojego życia. Ale sensu w cierpieniach podczas wojny czy poważnej choroby nie mogę pojąć nie jestem Franklem. Jeśli Bóg istnieje to nie wiem po co sprowadza On tego typu przeżycia na człowieka. Mówią niektórzy - to ludzie ludziom, a nie Bóg, no dobrze to gdzie Bóg, gdzie Los a gdzie przypadek?
Tu zaczepiam o filozofię. Pisząc ten post słuchałem w międzyczasie podcastów o filozofii egzystencjalnej i w ogóle o filozofii i dlatego mi trochę zeszło na pisanie, kiedyś do tego nawiążę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz