niedziela, 15 grudnia 2024

Pomoc.

 Bardzo dawno nic tu nie pisałem. Wbrew pozorom trochę brak czasu, a trochę prokrastynacja czyli odkładanie na później, a trochę paskudne samopoczucie, które nie pozwala mi się za nic zabrać.


Miał być w końcu post optymistyczny choć trochę, ale bardzo trudno mi wydobyć coś pozytywnego z mojej obecnej sytuacji, może mam za mało pokory, wobec tego znowu się poużalam.

Od stycznia tego roku przebywam w domu pomocy społecznej w małym miasteczku. Warunki tu są dobre, ale to nie to co u siebie, nie ma porównania.

Chcę na początku podkreślić, że zdaję sobie doskonale sprawę, że moja tragiczna sytuacja jest skutkiem mojego postępowania - zaniedbań, braku uważności bezmyślności. Trochę problemów wynika z niezależnych ode mnie kłopotów z depresji, pęcherzem i kręgosłupem, niedosłuchem itd.

Jak do tego doszło opisuję między innymi na stronie -

Tadeusz - pomagacz z zamiłowania.

https://problems-aude.blogspot.com/p/blog-page_3.html

Z tym tylko że niektóre informacje są nieaktualne, ponieważ strona powstawała parę lat temu. Teraz mam 65 lat, a nawrót picia trwa ok. 8 lat z małymi przerwami, teraz nie piję.

Nie ukrywam, że pisząc ten post mam nadzieję, że przy okazji znajdę kogoś kto  będzie mógł mi pomóc, słabą mam nadzieję w tym zakresie, nie wiem już co robić i czepiam się wszystkiego.Tu odsyłam - https://zrzutka.pl/9ryut5
lub jak ktoś woli numer konta - Mbank
11 1140 2004 0000 3702 7731 7390




Tylko nie wiem jak z podatkiem? Może w tytule przelewu wpisać np. pożyczka, albo nic nie pisać.



Ale ja też mogę jeszcze komuś pomóc.
Nawaliłem na całej linii, jednak nie wszystko straciłem. Zostały doświadczenie, wiedza i umiejętności. Piszę o tym na przywołanej wyżej stronie. Proszę śmiało pisać jakby co, odpowiem.

Nie wiem na ile interesują Czytelnika moje problemy, ale piszę. O niektórych pisałem już wcześniej. Między innymi w postach -

Zdrowie czy kasa?

Psychiatria.

https://problems-aude.blogspot.com/2024/08/psychiatria.html
Zapewne będę się powtarzał, ale tu spróbuję podsumować sytuację. W zasadzie nic się nie zmienia, a jak się zmienia to raczej na gorsze.

Zapewne wydaje się  moim Paniom, Żonie /po rozwodzie, ale dla mnie ciągle Żona/, że ja tu siedzę grzeję tyłek  w domu pomocy społecznej zadowolony i nic mnie nie obchodzi. Otóż tak nie jest, bardzo mnie boli ta sytuacja z Córką i inne ze mną. Zabierają Córce kupę pieniędzy za mój pobyt w domu, zostawiają tylko 2200, nie mam z nią kontaktu już od ok. 8 lat. Może
Żona ogromnie wściekła, nie chce w ogóle rozmawiać, a jak już to klnie
. Obie już mnie skreśliły, kompletnie mi nie wierzą, a ja Je dalej mocno kocham i tęsknię.
Odwoływały się, ale efekt mocno niepewny.

A ja po prostu przynajmniej na razie nie mam innego wyjścia, muszę z pokorą to znosić, wcale się z tym dobrze nie czuję wprost odwrotnie.

Można szukać jakiegoś wyjścia. Jednak te rozwiązania nie są takie proste. Niby jak będzie ogłoszona już upadłość konsumencka i zejdą długi, toby było łatwiej, jeszcze nie wiadomo ile syndyk będzie chciał zabierać, może nic, bo mały dochód, a może 100-300 zł, ale upadłość szybko tylko kurcze cały proces, żeby zeszły długi i rok może potrwać i więcej.

I jakbym się wyniósł z DPSu toby emerytura wniosła 2 tys. można by wynająć pokój i na skromne życie by starczyło. Jednak w tej chwili i w tym stanie nie bardzo samemu mieszkać. Najlepiej jednak w większym mieście, bo jakby jednak mi się polepszyło, co na razie wątpliwe, można by dorobić.
Zresztą na razie i tak dopóki mam komorników żadna legalna praca nie ma sensu, wszystko co ponad zabiorą.

Niby mógłbym wrócić do schroniska, ale w tym stanie jak teraz nie nadaję. Oni chcą ludzi jako tako na chodzie. Nie podoba im się, że noszę pieluchomajtki itp. A i nawet do jakiegoś sklepu, czy gdzieś ciężko mi dojść bez chodzika.

I tak wymienię przeszkody poważne -

- Objawy depresji nie ustępują, czasami jakby gorzej. Jak nieraz pisałam - rano jak wstanę a ledwo mogę wstać, ponieważ nie mogę usypiać wieczorem -  tragedia dreszcze, telepie jakbym pół roku, w rękach łamie, luźne stolce itp.  nie daję rady. Cały czas żyję w nerwach, ciągły stres, mało się nie wścieknę. Dręczą mnie wyrzuty sumienia, męczy żal po stracie itd. Żyć się nie chce. Po obiedzie lepiej, ale jeszcze źle, dawniej po południu było dużo lepiej, wieczorem może być tylko usypiać nie mogę i tak ponad dwa lata. Jak się trochę czymś zajmę to lepiej, ale ciężko jest mi się za coś zabrać, ani myśleć, ciągle mi zimno.

Tutejsza Psychiatra to w kółko o alkoholu przecież długo nie piję, mówi, że to skutki. Ja się z nią nie zgadzam. Sądzę że po prostu załamałem po ostatnim ciągu w 2022 kiedy straciłem wszystko - stancję, pracę itd. Wcześniej z ciągów wychodziłem szybko i się tak nie przejmowałem, spływało jak po psie, a teraz potężna depresja czy dystymia przewlekła depresja. Chyba było ten jeden raz za dużo, zasadzie ten pierwszy raz już było za dużo. Jak wielokrotnie pisałem pomimo wiedzy sięgnąłem po lek na alkoholu, czyli mówiąc wprost po alkohol.

- Ale nie wiem, czy może najgorsze w tej chwili są problemy z pęcherzem, pogorszyło się strasznie. Czasem latam co 15 minut, trzy pieluchomajtki dziennie idą. Strasznie źle to na psychikę działa i odwrotnie, dołuje.
Jeszcze do tego ogromny problem, bo Rodzinny nie chce mi zapotrzebowania na pieluchomajtki wypisać. Mówi, że do pęcherza neurogennego musi być jeszcze opinia, że nerw od pęcherza uszkodzony. Nie wiem, czy neurolog mi - odpukać wypisze. Bez kwitu 100zł paczka, a na miesiąc 3 idą. Jakby mi przyznali 500+, a nie przyznali nie byłoby problemu.
Na razie do grudnia mam wypisane, Rodzinna w mieście gdzie mieszkałem nie robiła problemu.
Jestem tym załamany, mam chodzić z cewnikiem, taniej wychodzi, ale jakoś nijak? I jak długo można. Odwołałem się do Sądu Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, ale wątpię.
Zawiozą mnie do wojewódzkiego miasta  na komisję, a mimo to nie mam siły. Przy znacznym stopniu chcą aby wtedy mnie myli, golili itp. Mam napisane, że nie mogę pracować, ale to za mało więc wątpię, czy dadzą.

Te pieluchomajtki to dla mnie dramat.

- Do tego wszystkiego chodzenie mi odeszło. Do Rynku 400, tam i z powrotem nie dojdę bez chodzika. Nie tyle co boli kręgosłup tylko nie mam siły w nogach. Wcześniej powoli, ale jako tako chodziłem. Może to z kręgosłupa. Na tomografii komputerowej wyszło, że mam 3 przepukliny w kręgosłupie i coś tam jeszcze. I po schodach ciężko mi chodzić i się schylać w ogóle jestem słaby jak mucha.

- Mam też i inne dolegliwosci - niedosłuch, wrzód itd.

Do tego kłopoty finansowe. Trzeba to i owo dokupić leki przede wszystkim, tu nie dają, trochę jedzenia, papier toaletowy, nożyki bo tu marne, drobiazgi itp. A mi zostaje z emerytury   po odtrąceniach - oplata dps i komornicy 450 z tego pieluchomajtki,  telefon. Dpsu i tak całego nie nie spłacam, ponieważ ZUS wszystkiego nie może zająć, dług rośnie. W zasadzie na inne wydatki zostaje mi ok. 150 zł na miesiąc ok. 5 zł na dzień tragedia nie wiem jak żyć głodny. Po kolacji, jest o 17 o 20 i w nocy chce mi się jeszcze jeść, w dzień z nerwów nie bardzo mogę jeść. Jeszcze z końcem roku pogorszyło się trochę jedzenie, mało wędliny, ciągle biały ser i jajka. Jakby nie pomoc znajomych to nie wiem, nie zawsze ją mam.
Strasznie się tym wszystkim zamartwiam a teraz jeszcze te pieluchomajtki. Kaplica.

Biorąc to wszystko pod uwagę muszę stwierdzić, że w tej chwili nie nadaję się do niczego. Ani do pracy, ani do samodzielnego mieszkania, ani do schroniska. Może w moim też domu byłoby łatwiej, ale zapewne wszystkie dolegliwości by nie przeszły.

Nie mam wyjścia, muszę sobie odpuścić i pokornie to znosić to co jest, moja pani Psycholog też tak uważa, a ja już nie mam cierpliwości tego znosić. Czasami mam ochotę się zabić, pomogłoby to Córce, bo przestaliby zabierać na DPS.

Nie piszę tego wszystkiego aby się użalać, choć tak to wyglada chcę po prostu w miarę obiektywnie przedstawić moją sytuację.
Chcę jeszcze raz wyraźnie podkreślić - że zdaję sobie sprawę, że ta sytuacja to przede wszystkim moja wina. Jednak czasu nie cofnę i muszę z tym żyć.

Jak można mi pomóc?
To proste - Psychologa, psychiatrę i mitingi Anonimowych Alkoholików tu mam. Bardzo brakuje kasy i jedzenia, ale i każde słowo wsparcia równie bezcenne.

Każda pomoc byłaby zbawieniem.
Trochę osób wpłaciło na zrzutka.pl
https://zrzutka.pl/9ryut5, ale mało.

Próbuję wykrzesać z siebie trochę nadziei, lecz ciężko mi to

Może Bóg, czy Los dadzą mi szansę abym mógł to i owo jeszcze naprawić, ale z tymi chorobami będzie ciężko.

Mam jednak cichą nadzieję, że - odpukać coś się zmienieni na lepsze - moje myślenie, okoliczności i będę mógł o tym napisać.

Pozdrawiam Czytelników!










niedziela, 1 września 2024

UWAGA Zmiana adresu!

Drodzy czytelnicy!


Ponieważ przedłużenie domeny na kolejny rok z końcówką .pl czyli - www.problems.pl kosztuje ponad 200 zł, których nie mam, muszę wrócić do pierwotnej domeny -

problems-aude.blogspot.com 

pod którą blog będzie funcjonował, jest bezpłatna od Googli.

Jednak z tą zmianą adresu wierzą się pewne niedogodności. Muszę w tym dopisku to wyjaśnić. Odnośniki, linki do poprzednich stron bloga nie będą się otwierały.
Np. link -
https://www.problems.pl/2019/02/jeszcze-o-sensie.html

, który był wcześniej trzeba zmienić na link -

https://problems-aude.blogspot.com/2019/02/jeszcze-o-sensie.html

żeby się poprawnie otwierał. Zmienienie wszystkich /postów jest chyba ok. 200 jest bardzo pracochłonne, prawie nie wykonalne/. Linki do materiałów zewnętrznych są aktualne chyba, że jakaś strona zginęła.


Skąd AUDE?

Trafnie i blisko mojemu widzeniu pomagania oddaje opis tego terminu, wyrażony przez jednego z moich Mistrzów znanego Psychoterapeutę, Naukowca i Pedagoga. Ideę tę można wyrazić skrótem AUDE.
Akceptacja – drugiego człowieka;

Uczestniczenie – bycie z nim, nie pozostawianie go samotnym:

Dzielenie się – swoim doświadczeniem:

Empatia – umiejętność postawienia się w jego sytuacji.

Jest to towarzyszenie drugiemu człowiekowi w drodze do wprowadzaniu zmian. Odważ się zmieniać siebie! Sapere audet! - odważ się być mądrym. Ten sposób podejścia proponuję zarówno pomagaczowi, terapeucie, pedagogowi, jak i rodzicom, przyjacielowi, czy małżonkowi.



Już chyba o tym kiedyś pisałem, a może w poprzednim blogu, bo miałem - www.problems.com.pl ale zginął.

Są to myśli, które wywodzą się z założeń od dawna proponowanych przez pedagogikę i psychologię humanistyczną i ich przedstawiciela Carla Rogersa słynnego pedagoga, terapeutę i badacza. Namawiam zatem w pewnym sensie do powrotu ku źródłom. Moja idea polega na tym, aby to przesłanie stosować w życiu codziennym przez wszystkich, którzy pragną zmian i tych, którzy towarzyszą nam w zmianach. 
W dzisiejszym świecie pełnym pozorów nie jest takie proste, jakby się mogło wydawać. Pomimo to stawiam na autentyczność w kontaktach człowieka z człowiekiem.

Dla mnie teraz istotnym może być myśl Rogersa -
Jest ciekawym paradoksem to, że dopiero kiedy zaakceptuję siebie takiego, jakim jestem, mogę się zmienić.

Zapewne przy poszukiwaniu rozwiązań, wyjść z mojej sytuacji będę jeszcze nawiązywał do humanistycznego aspektu pomagania, ale na razie zajmę się bardziej przyziemnymi rzeczami potrzebnymi do pomocy samemu sobie teraz.

sobota, 10 sierpnia 2024

Psychiatria.


Znowu muszę pojęczeć niestety, ponieważ było źle i dalej jest nie tak jak być powinno. Nie chce mi się teraz pisać choć lubię i w ogóle nie chce mi się nic robić, ale się zmuszam i piszę. Jakakolwiek aktywność wpływa dobrze na moje samopoczucie.

Nie wiem na ile jeszcze obchodzą kogoś moje losy, ponieważ niezbyt wiele osób czyta blog, może mają dosyć użalania się, no i brak nowych postów może zniechęcać. Również dużo osób z mojego otoczenia unika kontaktu ze mną, w kółko to samo i mają dosyć, jednak piszę mimo to. Ale naprawdę trudno napisać, powiedzieć coś optymistyczngo, moja sytuacja jest trudna i nie bardzo widać poprawę,  choć zdaża się czasami malutka iskierka optymizmu.

Podczas rocznego pobytu Szpitalu Neuropsychiatrycznym i potem podczas półrocznym pobycie w dpsie mój stan psychiczny i co za tym idzie fizyczny nie poprawiał się. Wciąż - rano tragedia telepie jak po długim piciu, potem coraz lepiej,  wieczorem całkiem dobrze. Jedne z typowych objawów depresji.

Wobec tego poszedłem do Klinikę Psychiatrii, gdzie teraz jestem. Już nie miałem i nie mam żadnego innego pomysłu, a wiele osób mówiło, że tu jest lepiej i że pomogą.
Szczęście, że zawieźli samochodem z DPSu, bo sam w tym stanie bym nie dojechał.

Podobno w Klinice są lepsze efekty niż w Szpitalu Neuropsychiatrycznym gdzie byłem przez rok, zresztą prawie bez poprawy, nie wiem - zobaczymy. Na razie jest tragicznie nic nie pomaga, jest gorzej niż w DPSie. Cierpię okrutnie, nie da się opisać. Do obiadu czasami leżałem bez życia. Po południu odrobinę lepiej, ale nie za bardzo, chociaż ostatnio jest pewna poprawa, ale głównie wieczorem.




Koledzy zachwalali, w internecie były różne opinie o Klinice.
Jednak trochę przereklamowana ta Klinika. Mam podobne podobne objawy jak dpsie. Dali Ketrel, Absenor, Prebalgin, Asertin i witaminę D potem Duloksetynę.
To można było brać i brałem na wolności dopóki była kasa, ale
psychoterapii tu nie ma, o czym wiedziałem, jest tylko psycholog, przydałby mi się.
Czasami nie wiem po co tu przyszedłem, ale jakbym nie przyszedł bym nie wiedział jak tu jest i narzekałbym.
Ale ogólnie lekarze i obsługa w porządku.

Jeszcze tylko to palenie co 2 - 3 godziny na balkonie, co może to głupie, ale dla mnie straszne, nie ma palarni. Nawet sznurówki tu zabrali i metalowe konserwy, przesadzają. Na każdą uwagę mówią, że mogę pójść gdzie indziej.

Ostatnio odrobinę lepiej. Tylko  szczególnie rano - źle bardzo, telepie, słaby, nie mogę wstać i jeść. Głową chce, ale ciało odmawia posłuszeństwa.
Leki dają podobne co już wcześniej brałem i nie pomogły to jak teraz pomogą?

Niby się interesują, zmieniają leki mówią, że trzeba czasu, aby zaczęły działać, ale ja może przemądrzały jak niektórzy mówią, nie bardzo w to wierzę.

Według mnie nie jest to kwestia leków
Uważam, że jest znikoma szansa na poprawę, przyczyny są w głowie jak nieraz wspominałem -

- po ostatnim ciągu dwa lata temu, kiedy już byłem na prostej i wszystko straciłem jest żal po stracie, wyrzuty sumienia itp. nie dają mi spokoju i powodują takie stany;
- Ani DPS, ani szpital nie są miejscami dla mnie, poza tymi zaburzeniami depresyjnymi jestem jeszcze sprawnym człowiekiem z niewielkimi defektami fizycznymi np. bardzo kłopotliwy pęcherz neurogenny.

Mówią niektórzy - weź się w garść itp. Jest to bardzo przykre dla chorego, ponieważ nikt nie chce chorować, chciałbym żyć normalnie, ale ciało odmawia posłuszeństwa. Ludzie w to nie wierzą, przy depresji tak jest.

W Klinice jak to w szpitalu nie najlepiej karmią, kolacje takie sobie i wcześnie. Pomimo tego, że nie bardzo mogę jeść przed obiadem wieczorem bym coś zjadł jak to przy depresji, wieczorami bywam głodny, a nie bardzo mam za co dokupić z tych 400zł co zostaje z renty po odtrąceniach nie bardzo jest jak co kupić. Po niezbędnych wydatkach zostaje ok. 100zł na miesiąc, co za to można kupić?
Na razie pożyczyłem trochę od życzliwych znajomych i kolegów. Inny przynosi mi czasami drobne produkty - szyneczki, żółty ser, czekoladę. U innego mam wsparcie psychiczne, niestety finansowo on cienki jak ja.

Zwróciłem się do jednego kolegi co mi kiedyś pomagał o pomoc.
Wkurzył mnie, pisze -

więc jako ratownik zupełnie nie profesjonalny staram się nie przeszkadzać tym którzy ratować umieją. Szkoda że dyskwalifikujesz fachowców od Twoich dolegliwości.

Nie mam pojęcia na jakiej podstawie tak sądzi. Mówi, że nie motywacji do pomagania, kompletnie nie wiem o co mu chodzi, czego ode mnie oczekuje. Miałem przez rok wsparcie w szpitalu, piszę w cudzysłowie, ponieważ trudno to było nazwać wsparciem w Szpitalu Psychiatrycznym - prawie nic nie pomogło. Mam dwoje psychiatrów i panią Psycholog, biorę ich uwagi do serca. Tylko leków już nie wykupuję, bo nie mam za. Nie wiem już czy jest jakaś szansa na wyzdrowienie. No i poszedłem do Kliniki, cały czas szukam możliwości poprawy zdrowia.

Tak czy siak nie mam na leki no i na jedzenie jak wrócę z kliniki, nikt mi nie pomoże i leków nie będę kupować.
Czternastka dopiero pod koniec września. Też 17 września zostanę emerytem, ale rentę mam do 30 09. Emeryturę będą naliczać w ciągu miesiąca.

Od odpłatności za DPS MOPR w tylko symbolicznie odstąpili jednorazowo 160 zł, a liczyłem na więcej, a tak to guzik.
Za to zwiększyli odpłatność za DPS.

Z i tak niskiej renty 1770zł ZUS potrąca - na DPS 875zł, na komorników 486 do wypłaty zostaje mi 408 zł, tyle musi mi zostać według ustawy.

Pobyt w DPS oszacowano na 1239,26zł i z tego względu ośrodek pomocy społecznej, który finansuje pobyt chce abym dopłacał różnicę 1239,26 - 875,46 - to ZUS zł to jest 363,80. Nie mogę jednak tej kwoty zapłacić ponieważ muszę np. kupić pieluchomajtki, które są niezbędne przy mojej wadzie, trochę jedzenia, jakieś tanie leki, opłacić telefon, a i tak zabraknie. Niby nie mam tak dużo potrzeb, ale ten brak gotówki mocno boli, co można zrobić za 400zł.
Nie wiem co będzie dalej, może nie zostanę wyrzucony z DPSu, ale powstanie nowy dług, nie stać mnie mieszkać w DPSie.

Zadzwonili do mnie z pytaniem czy potwierdzam kolejkę do ZOLu, bo tam również składałem.
Odpowiedziałem, że raczej nie. Ale już nie wiem bo jak nie ma poprawy to może tam lepsza opieką tylko raczej nie można wychodzić, żarcie i warunki  raczej gorsze, tyle, że rodzina nie płaci. Nie wiem czy teraz Córce potrącają, bo niby pisze na jednym z portali -  zwolnienie może także nastąpić, gdy członkowie rodziny utrzymują się z jednego wynagrodzenia lub świadczenia.

Do schroniska nie nadaję się w tym stanie zresztą mnie tam nie chcą, tam trzeba być na chodzie.

Nie nadaję się teraz do samodzielnej egzystencji w tym stanie. W moim domu dałbym radę myślę, że szybko by mi przeszło, tak jak kiedyś kiedy też wpadłem w dużą depresję, ze trzy miesiące mnie trzymało - terapia, psychiatra. Jak pojawiło się rozwiązanie przeszło mi za trzy dni, tylko wtedy było łatwiej, bo mieszkałem z rodziną i miałem kasę.

Na stancji może było by lepiej tylko skąd kasę i też nie wiem, czy dałbym radę.

Złożyłem do komisji od niepełnosprawności wniosek o zmianę orzeczenia na stopień znaczny, ale nie dali chociaż stwierdzili, że nie jestem zdolny do pracy. Odwołałem się.

Złożyłem do ZUSu o niezdolność 500+ i nie dali. Złożyłem sprzeciw i stwierdzili, że jestem zdolny do samodzielnej egzystencji. Zostaje odwołanie od decyzji do sądu okręgowego - sądu pracy i ubezpieczeń społecznych /sądu I instancji/.

Złożyłem do sądu o pełnomocnika do upadłości konsumenckiej. Dostałem adwokata z urzędu, już działa, chociaż i to dobre, chociaż zapewne potrwa.

Nie wiem, bo nie mam kontaktu, czy od Córki odpłatność odstąpili choć trochę, wątpię, bo oni niechętni, składała wniosek z tego co wiem. A ja jak nie raz pisałem muszę tu siedzieć, nie nadaję się do życia. Może przejdzie, ale już czasem wątpię.

Zrobiłem rozszerzoną morfologię niby nic takiego nie wyszło
W tomografii płuc typowe zmiany. Po papierosach, lekki stan zapalny Pulmonolog dała antybiotyk.

W tomografii kręgosłupa wyszły zmiany m.in. 3 przepukliny, niby mówią, żeby się tym nie przejmować. Nie boli, ale był czas, że bardzo bolało, teraz tylko rano trochę w krzyżu.
W TK głowy jakiś zły przepływ krwi. Neurolog dał skierowanie na Doplera żył szyjnych, niby nic takiego w moim wieku.

Dobrze, że u urologa prostata OK, tylko ten pęcherz neurogenny, a to bardzo upierdliwe. Lek Adablok trochę pomaga.

Opisałem co u mnie słychać, w następnym poście spróbuję się zastanowić co dalej.

czwartek, 30 maja 2024

Jak się otworzyć?


Mój znajomy Psychoterapeuta polecił mi lekturę - Ukryty sens - Viktor E.Frankl i Antoni Kępiński - o cierpieniu i śmierci.
Pauliny Hornik. Na razie tylko zacząłem czytać. Natomiast przypisach natknąłem się na odnośnik do artykułu - Anna Szczukiewicz, Piotr Szczukiewicz - Logoterapia Viktora Emila Frankla w psychoterapii
i poradnictwie psychologicznym.

Wszystko fajnie ale brakuje mi tu konkretnych przykładów, nie wszystko rozumiem, a chciałbym je wykorzystać w autoterapii. Np. dialog sokratejski, derefleksja, modulacja postawy, logodrama czy intencja paradoksalna.

Co prawda trochę Autorzy wyjaśnili i trochę się domyślam, ale dla mnie to za mało, lubię ilustracje prosto z życia, z terapii.

Tę ostatnią intencję paradoksalną dawno zastosowałem o ile dobrze rozumiem. Jak trzydzidzieści parę lat temu zacząłem chodzić na mitingi AA miałem problem. Podawali kawę, a ja nie bardzo mogłem posłodzić ponieważ ręce mi się trzęsły. No to ja wobec tego zacząłem mówić wtedy głośno - patrzcie jak mi się ręce trzęsą. Dość szybko pomogło.

Drugiej sprawy nie wiem jak zakwalifikować. Miałem obawy przed wystąpieniami publicznymi. Naprzód na mitingach, później na szerszym forum np. rady miasta. Wpadłem na pomysł, że będę je przygotowywał jak aktor. Układałem sobie scenariusz wystąpienia a potem go realizowałem. Na mitingach zakładałem też sobie, że właśnie dzisiaj muszę koniecznie zabrać głos i też trochę planowałem  treść.

Wszystkie te działania przyniosły bardzo dobre efekty, zacząłem czuć się swobodnie
Podczas uczestnictwa w teleturnieju Jeden z dziesięciu nie miałem za bardzo tremy, ale szybko odpadłem po pierwszej rundzie. Na usprawiedliwienie powiem, że tam jest bardzo mało czasu do namysłu. Byłem też rozkojarzony, bo to było wtedy jak niespodziewanie straciłem pracę i byłem w dołku. Ale zobaczyłem, na czym mi zależało telewizję od środka i spotkałem się z Tadeuszem Sznukiem, którego bardzo lubię i doceniam.

Jak nie mam kasy czy możliwości na psychoterapię trzeba samemu szukać rozwiązań problemów. Dużo dała mi lektura Viktora Frankla, pisałem kiedyś o tym. Na przykład - Człowiek w poszukiwaniu sensu, Bóg ukryty, Psychoteraperapia dla każdego.

Czy wcześniej Albert Ellis Terapia krótko-terminowa lepiej głębiej trwalej.

To niej jeszcze wrócę. Ale też wiele  innych tytułów jeszcze kiedyś sobie przypomnę.

Jeśli zaś chodzi o logoterapię i poszukiwaniu za pomocą jej sensu to muszę napisać, o czym zresztą wspominałem w wątku PO CO?

i poście Sens według Frankla.

że napisałem tam, jak wcześniej odkryłem - uzyskanie trwałego zadowolenia życia, szczęścia jest możliwe wtedy może tylko wtedy gdy widzę CEL w moim życiu i jego SENS.





Pisałem to mając na myśli zdrowienie w chorobie alkoholowej. Uzyskanie trwałej i fajnej trzeźwości, którą można uzyskać wtedy gdy osoba uzależniona ma CEL w swoim życiu, wie PO CO żyje.
Można to jednak odnieść do prawie każdego człowieka niekoniecznie uzależnonego.

Jak nie mam siły rano wstać to myślę, że jednym z głównych powodów jest to, że nie mam tu PO CO wstawać

Jednak z grubsza rzecz biorąc sądzę, że ten mój zły stan wynika po prostu ze zmęczenia, wypalenia przede wszystkim psychicznego, ale i fizycznego. OkJak opisywałem od paru lat - schronisko - praca - stancja - picie - szpital, dół, wychodzenie na prostą - schronisko - i tak w kółko. Ile można - są jakieś granice wytrzymamałości.

środa, 22 maja 2024

Zdrowie czy kasa?

 

Miałem nie wracać do jęczenia, ale muszę parę słów, te posty, listy to moja jedna z niewielu form rozmowy. Nie bardzo tu jest z kim porozmawiać, człowiek sam jak kołek. Tylko właśnie posty, listy ze znajomym Psychoterapeutą, rozmowy z tutejszą panią Psycholog Alicją i telefoniczne z kolegą poznanym w szpitalu, który ma podobne problemy z depresją.

Ostatnio ujawniła mi się jeszcze jedna przyjemność w tomografii kręgosłupa, oprócz wad właściwych dla wieku, trzy przepukliny w lędźwiowej części/dyskopatia/, a to poważna wada, można - odpukać przestać chodzić. Niby neurolog mówi, że to u mnie nic takiego, a kolega twierdzi, że to poważna wada. Może z niektórych prac wykluczy. Był czas, że miałem silne bóle, nie mogłem wprost chodzić, ale ostatnio - odpukać przeszło. Tak że zdrowie jednak ważne oprócz pieniędzy.



Może narzekam, ale tak mi się skojarzyło. Mówią, że ja tu wszystko mam, ale chcę podkreślić - to guzik prawda, dużo tu mam, ale na pewno nie wszystko. Z tych 400 zł co zostaje z renty po odtrąceniach chcą jeszcze dopłaty do DPS 23O, nie zapłacę teraz, a trzeba parę rzeczy kupić za swoje - 

 - pieluchomajtki 120zł co przy mojej wadzie niezbędne, jakbym nie miał chociaż tych 400 to nie wiem;

- na drugą kolację nie mam już co jeść, a ta ich za mała, już nie mam żadnych zapasów;

- leki nie muszę i nie mogę kupować, ponieważ nie mam za co poza tymi na pęcherz i może Ketrel.

- itp.

Jak już pisałem na blogu spodziewam się jeszcze kasy - 

- zwrot za pieluchomajtki;

- odstąpienie od opłaty za DPS;

- 500+ może odpukać;

- upadłość konsumencka.

Ale to wszystko potrwa, a ja już nie mam prawie nic.

Też nie wiem dlaczego ja ciągle taki słaby jestem szczególnie z rana dalej bardzo źle, może to nie tylko psychika - a - odpukać jakieś choróbsko somatyczne, dawno nie miałem morfologii, CRP. Znowu rano bardzo podle się czuję, nie mogę wstać, trzęsie, telepie, łamie nudy po stawach, niepokój itp. A potem nie zawsze lepiej.

W tym stanie nie mogę jeszcze wyjść do schroniska i pracy, a jakby nie zdrowie bym już wyszedł stąd. A jakby nawet to nie każdą pracę mogę podjąć w związku z tym pęcherzem. Można nie wierzyć, ale jest to poważna wada, bardzo utrudnia życie, czasami miewam takie napady, naglące oddawania moczu, że nie mogę się powstrzymać.

Z ewentualnej internetowej pracy komornicy zabiorą, a większość to ściema.

Zagranicę nie pojadę, już byłem dawniej i guzik wyszło, a teraz tym bardziej.

Jeśli chodzi o upadłość konsumencką najprościej i najszybciej byłoby to załatwić przez kancelarię wtedy szybko decyzja przez sąd, ale to kosztuje 2,5 - 3 tys. Znalazłem promocję za 1900, ale i tak na to nie mam.

Wiem, że to raczej bez szans, ale piszę do Szwagra, kolegów i Żony, bo czepiam się wszystkiego.  

Mogliby opłacić tę kancelarię. Jakby odeszło ściąganie przez komorników z renty mógłbym oddać w przeciągu 6-7 miesięcy. Proszę, żeby rozważyli tę propozycję. Wiele lat byłem fajnym, porządnym człowiekiem, naprawdę nie chciałem, wróciłem do picia poprzez branie głupich kropelek na alkoholu, pomimo wiedzy i doświadczenia. Nie mogę przestać myśleć o tej swojej głupocie /choć to nic nie daje/, jest bez sensu, czasu nie cofnę przez to nie mogę spać i jeść.

Też jak mam obciążenia od komorników podjęcie pracy przez internet jest utrudnione. Z umowy-zlecenia zabiorą, a z takiej innej tzw. umowy o wynajem powierzchni reklamowej w internecie bez sensu, bo wtedy zabiorą wszystko, a jeszcze osobno podatek trzeba płacić. Bez komorników mógłbym zarabiać przez internet i spłacić pożyczkę.

Może uda mi się wrócić do zarabiania za pomocą bloga. Pomimo powrotu do picia została mi wiedza, doświadczenie i umiejętności, mogę jeszcze być pomocny dla kogoś.

Tylko trudno bez laptopa, a go straciłem. Lepszy efekt by był jakby nagrywać krótkie filmiki, ludzi męczy czytanie np. wideoblog tzw. vlog. Tylko smartfonem trochę trudno nagrywać, obrabić potem film. Aparatem i obróbka na laptopie lepiej, aparat jest u Rodziny. No i w dpsie trochę nie ma warunków na nagrywanie.

Jak wspominałem moja Psychiatra i inni namawiają mnie do napisania książki wykorzystując swoje jeszcze niemałe zasoby. Ten blog może być i tak zasadzie zamierzam takim zbiorem notatek do niej. Znowu marudzę - brak laptopa dużą przeszkodą, ale da się i na telefonie choć dużo trudniej.

Bardzo mi przykro, że np. Szwagierka i zapewne inni uważają, że to nie choroba tylko mi się nie chce pracować. A ja naprawdę, choć trochę lepiej jeszcze do pracy i do niczego nie nadaję. Nie mogę w tym stanie zamieszkać w schronisku.

Szwagierka mi radzi, abym się zabił i tak pomógł Córce?!

Szwagierka twierdzi, że da się wszystko wyleczyć siłą woli, ja chcę być zdrowym, ale co jak ciało czasami odmawia posłuszeństwa.

Powtarzam jeszcze raz po raz któryś - nie chciałem skrzywdzić Córki. Po prostu po szpitalu nie mogłem gdzie indziej pójść - do schroniska się nie nadawałem i jeszcze nie nadaję, do mojego też Domu nie chcą, na stancję bym się już teraz nadawał, ale nie mam za co. Pisałem, że zamiast opłacać DPS mogłaby Córka dołożyć do stancji, a potem znalazłbym pracę jakby się całkiem polepszyło. Teraz o pracę będzie trudniej, bo jak niedługo emeryt we wrześniu to niepełnosprawność się nie liczy. Na zlecenie łatwiej, ale póki długi to wszystko zabiorą. Z umowy o pracę tylko część.

Córka powinna wziąć pod uwagę i przygotować się na to, że jeśli chodzi o tłumaczenia, naukę języków to co Ona robi dużą rolę zaczyna odgrywać sztuczna inteligencja. Eliminuje pracowników z wielu zawodów, nie można tego lekceważyć.

Najlepiej by było w moim też domu, myślę, że wtedy szybciej bym doszedł do siebie. Nie piję już prawie 2 lata to i dalej mogę nie pić, a z fajkami trzeba sobie jakoś poradzić.

W ogóle ciężko mi się za coś zabrać, trochę prokrastynacja.

No i bardzo różnie się układa z moim współokatorem, co utrudnia życie.

 Nie widzę SENSU w działaniu i dalszym życiu, nie mam sił. Nie widzę SENSU bez Rodziny.

Czuję się pusty, bezużyteczny i niepotrzebny nikomu, beznadzieja.

Nie zaprzeczam, że przerypałem prawie wszystko.

A teraz w sytuacji patowej. Boli, bo to "zawinione". Jakby to LOS okoliczności zewnętrzne, może byłoby łatwiej.

Ciągle nie mogę zaakceptować pobytu tutaj, to nie jest miejsce dla mnie. To nie zarozumialstwo a fakt. Ciągle nerwy mnie noszą. Też jak wspomniałem brak kasy wzbudza we mnie duży niepokój.

No i takie siedzenie bez pracy, tylko czytanie i pisanie mnie dobija. Wbrew temu co niektórzy sądzą lubię pracować, praca oprócz pieniędzy nadaje sens życiu. Jeszcze alkohol mi wszystkiego nie wypłukał, jestem sprawny tylko te zaburzenia depresyjne, może w końcu przejdą.

Zdaję sobie sprawę, że jestem ciągle na nie, nie da się, będzie źle itp. Jak jakaś część problemów się rozwiąże to zapewne pojawią się nowe, w sumie dużo tego się nazbierało. A ja nie mam już siły walczyć po wielu latach zmagań, chyba już ponad sześć lat, nie jestem Frankl.

Mam nadzieję, że następny post będzie już bardziej optymistyczny.


czwartek, 9 maja 2024

Wiara i wątpliwości.


Muszę powiedzieć, że zajmuję się nie tylko jęczeniem czy użalaniem się nad sobą, ale robię też inne rzeczy chociaż ostatnio jak wspomniałem w poprzednim poście trochę czasu zabrała mi choroba. Staram się pisać posty, czytać książki chociaż na telefonie z pdfu trochę ciężko, piszę listy, robię głupie fajki co pracochłonne.




Ostatnio przegląłe też trochę Dawkinsa - Bóg urojony. Dla niektórych jest on kontrowersyjny. Próbuje odrzucić pogląd o istnieniu Boga, przekonać do ateizmu.
Ale ja czytam prawie wszystko. Tym bardziej, że przynajmniej w jednym się z nim zgadzam i na to wcześniej sam wpadłem - relijność w dużej mierze bierze się stąd, że urodziliśmy się w tej czy innej rodzinie. Jakbym urodził się w rodzinie arabskiej lub żydowskiej byłbym przepojony inną wiarą. Od małego są wpajane przekonania żeby nie powiedzieć stosowana indokrynacja. No i religijność często oprócz pozytywnych cech prowadzi do zbrodni - wieże WTC, inkwizycja itd.

Nie wiem jeszcze, bo nie przeczytałem Dawkinsa całego, jakie podaje on argumenty za ateizmem.

Dodam tylko, może już kiedyś pisałem, traktuję Biblię jako zbiór przypowieści, a Stary Testament to w części zbiór horrorów, morderstw gdzie Bóg masowo morduje i każe mordować. Często są to jednak mądre i pouczające opowieści, szczególnie Nowym Testamencie.
Nie przeszkadza mi to za bardzo w tym, że wierzę, a może chciałbym wierzyć,  że istnieje Coś - Bóg, Siła Wyższa, Absolut, że to nasze życie ma jakiś SENS. Trudno jest w to uwierzyć wobec ogromu zła jakie się dzieje między ludźmi i w ogóle na Świecie.

Co do spójności faktów jak i poszczególnych Ewangelii też są w ogóle wątpliwości. Wiele faktów się nie zgadza choćby to że nie było spisu ludności, gwiazdy betlejemskiej.

Zaglądam często do Facebooka, wbrew pozorom oprócz głupot i bzdetów można znaleźć tam ciekawe teksty, artykuły czy odnośniki do fajnych materiałów.

Znalazłem odnośnik do tekstu prof. Bartosia byłego księdza. /część osób go nie lubi/ będący krytyką książki „Jezus z Nazaretu” Benedykta XVI.
Nie przedstawia on wg Bartosia „Jezusa historycznego”

https://krytykapolityczna.pl/kraj/bartos-jezus-z-nazaretu-benedykta-xvi-nie-przedstawia-jezusa-historycznego/

Bartoś piszę między innymi -

W teologii współczesnej, którą on zwalcza, konieczna jest na przykład zgoda na pewną metaforyzację, np. na metaforyzację prawdy o zmartwychwstaniu Chrystusa. Nie powinno nas obrażać, że mówimy o symbolu. To powstawało w innym momencie, teraz my żyjemy jednak w nieco innym czasie, kiedy nie używamy już tego typu języka. I teologia musi podjąć nad tym refleksję, musi się zastanowić nad statusem tego, czym jest religijność, czy w ogóle coś przetrwało religijnego, a jeśli tak, to w jaki sposób i w jakich formach w tym odczarowanym, współczesnym świecie. Nie jesteśmy przecież Żydami z pierwszego wieku, więc musi się dokonać jakiegoś przekładu. Przynajmniej przy założeniu hermeneutyczności, bo to zawsze jest przecież nałożenie się interpretacji, my nie odkrywamy żadnego pierwotnego znaczenia, bo my tu jesteśmy jako myślący, mówiący, inaczej upodmiotowieni. W związku z czym nie ma żadnej niezmiennej ponadczasowej doktryny. Dzieje się historia, historia zbawienia, w bardzo odmiennych epokach. Dostęp do wiecznej i niezmiennej doktryny jest fantazją,

Nie wiem na ile dobrze rozumiem,  może niedokładnie czytałem artykuł, lecz trochę jest to chyba zbieżne w jakiejś części z moimi przekonaniami.
Te moje poglądy mogą wydawać się strasznie wywrotowe. Od najmłodszych lat, od kołyski mam wdrukowywany sposób widzenia świata z punktu widzenia Kościoła, jest to absolutny dogmat. Trudno jest w takim układzie spojrzeć na wiarę trochę inaczej. Wobec powyższego dla wielu osób przedstawienie takich poglądów będzie znakiem, że tu szatan przemawia, że to koniec świata.
Sądzę, że na takie tematy można rozmawiać,  chociaż z niektórymi osobami absolutnie się nie da.

Np. zmartwychwstanie może jest pewnym symbolem?

Myślę, że prawie wszyscy zadają sobie pytanie - jest Bóg czy go nie ma? Ja wcześniej mało o tym myślałem. Teraz to pytanie do mnie wróciło.
Pojawiło się jak zacząłem uczestniczyć w Ruchu AA. Jest tam wpisana modlitwa o Pogodę Ducha przypomnę -

Boże, Siło Wyższa użycz mi Pogody Ducha, abym godziła się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniała to co mogę zmienić i mądrości, abym odróżniała jedno od drugiego.

Właśnie Boże jakkolwiek go pojmujemy, czy Siło Wyższa? Ja miałem problem z tym określeniem, ale przyjąłem,  że moją Siłą Wyższa jest ruch AA. Za moich czasów odmawialiśmy - Siło Wyższa. Również dlatego, że nowo przybyły może się zrazić jak usłyszy Boże, a często nowi są na bakier z Bogiem i mogą postrzegać ruch AA jako wspólnotę o charakterze religijnym. Niektórzy i dzisiaj tak postrzegają. Dla mnie AA, może się mylę, jest świeckie. Uczestnicy mogą być wierzącymi różnej wiary, agnostykami czy ateistami, różne są opinie na to zagadnienie. Razi mnie na przykład jak na pewnej grupie na zakończenie mitingu jest odmawiane Ojcze nasz.
Właśnie dla wielu nowych osób, jak i dla osób Ruch AA bywa czasami postrzegany jako jakaś sekta religijna świeca, modlitwa, krąg osób co ich zraża. Nie da się ukryć, że AA ma korzenie chrześcijańskie. Nie przeszkadza mi to tutaj aby rozumieć Siłę Wyższą, Boga jakkolwiek go rozumiem po swojemu na przykład tak jak jak to robi Spinoza wspominam o nim poniżej.

Jak jednak ktoś jest bardzo zdeklarowanym agnostykiem czy ateistą
ma do wyboru na przykład humanistyczną wersję12 kroków, opracowaną przez amerykańskiego psychologa Burrhusa Frederica Skinnera

https://stopuzaleznieniom.pl/artykuly/czy-jestem-uzalezniony/mityngi-aa-dla-ateistow-i-agnostykow/

Jak wspomniałem wierzę, że jest Bóg, Siła Wyższa modlę się, lecz omijam z daleka instytucję Kościoła. Jak Go sobie wyobrażam, czuję - nie wiem. Różnie jest wyobrażany przez ludzi.

Na przykład Albert Einstein -

https://www.samadhi.pl/post/czym-jest-b%C3%B3g-wed%C5%82ug-einsteina-i-spinozy

Kiedy pod koniec życia zapytano go jakie było na tych spotkaniach najczęściej zadawane mu pytanie w jego życiu (pytający podobno odnosił się do pytań z dziedziny nauki) Einstein odparł – „najczęściej pytano mnie czy wierzę w Boga?”. Wtedy zawsze odpowiadał – Wierzę w Boga Spinozy.

>Spinoza w jednym ze swoich traktatów tak opisał Boga i jego intencje, do których odnosił się Einstein. Bóg powiedziałby:

• Przestań się modlić i bić się w piersi!
• Chcę, żebyś poszedł w świat i cieszył się życiem. Chcę, żebyś śpiewał, bawił się i cieszył się wszystkim, co dla ciebie zrobiłem.
• Przestańcie chodzić do tych ciemnych, zimnych świątyń, które sami stworzyliście i uwierzyliście, że to mój dom. Mój dom to góry, lasy, rzeki, jeziora, plaże, gdzie mieszkam i wyrażam Miłość do Ciebie.
• Itd.<

Obecnie w psychologii oprócz aspektu fizycznego i psychicznego bytu człowieka zwraca się uwagę na jego duchowość, podobnie jeśli chodzi o wychodzenie z uzależnienia. Nie chodzi tylko wiarę w Boga, ale też na przeżywaniu piękna krajobrazu, muzyki czy człowieka. Trudno opisać co to takiego duchowość, to się po prostu czuje, wie. Na przykład mówimy - on jest silny duchem i wiemy o co chodzi. Nie tylko mądry, opanowany czy empatyczny, ale ma więcej - COŚ.

Mój znajomy Psychoterapeuta zwraca uwagę, że jak nie pomagają mi tradycyjne metody w powrocie do trwałej stabilnej abstynencji dobrze odwołać się do duchowości - Boga, ale ja mam z tym pewne problemy.

Warto by było w tym miejscu poczytać i zacytować ks. prof. Michała Hellera, ale to może przy innej okazji. Do tematu wiary, postrzegania Boga jeszcze wrócę.





środa, 27 grudnia 2023

Rok 2023


W zasadzie już po Świętach, ale mimo to pozwalam sobie pozwalam sobie złożyć czytelnikom spóźnione życzenia wszystkiego najlepszego i symbolicznie przełamać się opłatkiem, na to jeszcze pora, myślę,  że nie zaszkodzi to i słabo wierzącym, agnistykom jak i niewierzącym. Również życzę z całego serca, aby w Nowym Roku 2024 Bóg, Los, czy Siła Wyższa były dla Was łaskawe.


Chociaż jestem "wierzący w Boga, Siłę Wyższą", ale niepraktykujący, podobno takich nie ma. Jednak modlę się. Kiedyś szerzej o tym napiszę.


Niedługo minie rok od kiedy zamieściłem ostatni post na blogu. Częściowo wynikało to z lenistwa i tego, że przed południem nie bardzo do życia jestem, też trochę z tego, że marnuję dużo czasu na robieniu papierosów głupich. W sumie tracę dużo czasu.

Nie wiem czy kogokolwiek to obchodzi to co piszę i cały mój blog, jak kiedyś już wspominałem, niemniej spróbuję dalej pisać. Trochę dla siebie i trochę dla kogoś któremu może jednak on się przyda.

Jak przeglądam ostatnie to zauważam, że ciągle się użalam, piszę o chorobie, ale niestety taka jest moja rzeczywistość teraz. A może jednak pora aby myśleć i pisać trochę do przodu?

No tak, nie da się jednak pominąć opisu ostatniego, tego blisko roku.

Ja dalej w szpitalu.
Po ostatnim zapiciu w czerwcu 2022 nie mogę dojść do siebie, depresja straszna. Długotrwałe pobyty w szpitalu nie pomagają.
U mnie, kurcze cały czas bez zmian. Tak to wygląda -
• jak wstanę tragedia, dreszcze, łamie w stawach, dreszcze, nie chce się żyć, biegunki, a w zasadzie wiele luźnych stolców;
• potem do południa coraz lepiej, ale zdarza się że leżę cały dzień, bo nie mam sił:
• po południu całkiem dobrze, prawie normalnie, i to mnie bardzo wkurza w tym popołudniowym stanie mógłbym pójść do pracy i chociaż to trudne, na razie do głupiego schroniska i jak najszybciej na stancję.
Ale cały czas słaby jakiś, nerwy i ciągłe oddawanie moczu. Może ktoś w to nie wierzyć, ale to mnie dobija /mam pęcherz neurogenny, używam pieluchomajtek/. No i przez to mało piję płynów,  żeby nie latać co mnie osłabia.

Pani Ordynator, jestem na psychiatrii, twierdzi, że ja zdrowy i muszę się wypisać, mówi, że to sprawa internistyczna, ale ja uważam, że się myli, mi nie wierzy Ona i inni. To są według mnie typowe objawy depresji, Moja Pani Dr z wolności też tak sądzi. Lekarz prowadząca od miesiąca ze mną nie rozmawiała, nie ma czasu i chyba nie widzi potrzeby, a ja rano dalej zdycham i kompletnie nie wiem gdzie pójść. W schronisku nie dam rady, wygonią i nie chcą tam chorych.

Już trzy razy wychodziłem ze szpitala i szybko wracałem. Za każdym razem taki jakby napad depresji - straszna niemoc, drżenie, lęk, niepokój, jakbym był po pół roku picia, a nie piję już ponad 15 miesięcy. I pogotowie i szpital psychiatryczny

Na przykład - wyszedłem ze szpitala ze szpitala w czwartek do mieszkania co mi kolega udostępnił, a w piątek znowu mnie wzięło nie jadłem i nie piłem płynów przez 3 dni.

Boję się teraz wychodzić do schroniska, bo jest duża szansa, że to się powtórzy i wtedy nawet do szpitala nie zechcą z powrotem przyjąć, zresztą ile można siedzieć jak to i tak nic nie daje.

Nie wiem już kompletnie co robić.
Dwadzieścia parę lat byłem porządnym człowiekiem, ale parę lat temu pomimo mojej wiedzy, doświadczeniu wróciłem do picia.
Pisałem już o tym wszystkim na stronie tutaj -

W schronisku nie dam rady, wygonią i nie chcą tam chorych.

Rozważam - że może było jednak pójść do drugiego gorszego schroniska. Tam warunki gorsze, piętrowe łóżko, jedno WC oczko na piętro, tylko cienka zupka raz dziennie. Nie ma za to odpraw zebrań rano 3 razy w tygodniu i trudnego kierownictwa z małą empatią. Im się nawet nie podobało,  że używam pieluchomajtek, a wiele osób tak ma,  normalnie żyją i pracują nawet z workiem stomijnym. Jednak chyba w dpsie szybciej dojdę do siebie,  a mam jednk dużą nadzieję, że dojdę.

A w ogóle nabrałem, może niepotrzebnie,  silnego urazu do wszelkich schronisk. Podświadomość je odrzuca, a przecież sporo w nich mieszkałem.

Wcześniej bywało - schronisko - praca - stancja - picie - szpital - schronisko i tak w kółko.

Na stancję mnie nie stać po komornikach zostaje 1.150 zł, a jedzenie leki, pieluchomajtki itp.

Żona /po rozwodzie, ale zawsze dla mnie mimo wszystko Żona/ wyrzekła się całkiem, nie życzy sobie abym mieszkał z nią w moim też mieszkaniu. Podobnie Córka.

Zacząłem wobec tego rozważać dom pomocy społecznej, bo to do niczego nie zmierza, pomimo tego, że zadupie, w moim mieście nie ma dla psychicznych, jest specjalizacja, no i tak nie ma miejsc,  trwają miesiąc. Na zadupiu obdzwoniłem wojwództwo, coś się znajdzie, ale to pomoc społeczna decyduje gdzie umieścić.

Daleko wszędzie, wolałbym bliżej mojego miasta. Niby nic mnie tu nie wiąże oprócz głupich sentymentów, ale imprezy, lekarze, AA itd. Nie wiem jacy mieszkańcy mogą być w takim domu, nie wiem jak się będę tam czuł.

No i zostanie mi ok. 200 z czymś złotych, bo mała renta, a tu opłata dps i komornicy i jak tu żyć - leki, pieluchomajtki, kawa, tytoń. Lepszy byłby zakład opiekuńczo-leczniczy, ale to się długo czeka. Złożyłem podania i tu i tu.

Teraz czekam na decyzję, wywiad z pomocy społecznej był 30.11 niby mają miesiąc na załatwienie, wysyłają zapytania do powiatów itp.

Nie mam częsci dokumentów, ubrań itp. Są u kolegi w piwnicy. Obawiam się tej przeprowadzki,  trzeba wyjść na przepustkę, gdzieś się przespać, bo jednodniowych nie dają no i te rzeczy w piwnicy u kolegi jakoś przejrzeć, bo trzeba coś wziąć, a tam straszny bałagan. Co prawda kupiłem fajną kurtkę i parę rzeczy w szmatekcie internetowym Vinted, ale to mało.

Jakbym czuł się znośnie dałbym sobie radę - poszedłbym do schroniska chociaż mi niedobrze jak o tym pomyślę,  wstrętu nabrałem, a potem do pracy i później na stancję. W tym stanie ani noclegownie, ani świetlice jakieś.

Myślę czasami  napić się i skończyć ze sobą, może po pijanemu dam radę, ale to wtedy jak świtem zdycham.

Sytuacja jest w zasadzie patowa - nic już nie wiem.

Chyba na dzisiaj wystarczy mam jeszcze zapisanych trochę notatek z przemyśleń, ale to może potem, a może w końcu spłodzę następne posty.

sobota, 21 stycznia 2023

Nerwy.

 


Tak sobie płynę od paru lat, niby świadomie,  a może nie?


No i wylądowałem w szpitalu psychiatrycznym. Nie wiem jak to się stało, a w zasadzie wiem.
Od czasu kiedy wyszedłem we wrześniu ze szpitala i zamieszkałem w schronisku było coraz gorzej.
Nie bardzo chcieli przyjąć, ale przyjęli na gorszy oddział. Szkoda bo wszystko przepadło - ale nie było wyjścia, telepało mnie gorzej niż po wódce. Chyba stresu się nazbierało, a teraz puściło.

Ale dalej do nie rozumiem dlaczego tak się stało, że trafiłem na psychiatrię - chyba widać do czego przewlekły stres może doprowadzić.

Byłem na zakaźnym - jakaś grypa, zapalenie płuc, bóle w plecach silne, wykryli przewlekłe zapalenie trusztki. Jak poleżalem ok. tydzień to przeszło, ale ogarnęła mnie niemoc nie wiadomo skąd i nie mogłem chodzić wprost jak przy silnym epizocie depresyjnym. Poprosiłem o skierowanie na psychiatrię, bo nie miałem siły wrócić do schroniska i mnie z bólem przyjęli.

Teraz przez picia w ostatnich latach straciłem dużo, prawie wszystko.
Tym razem w psychiatryku nie po alkoholu. Raz już byłem na trzeźwo w psychiatryku w Morawicy pod Kielcami, wtedy nie piłem prawie rok. Nie mogłem się poruszać coś mnie ściskało, przeszło mi bardzo szybko, fajnie tam było. Może to wszystko zespół abstynencyjny, jak twierdzi moja pani Dr?

Poprzedniej zimy też to miałem, bo przetupałem całe wyrównanie renty, kilkanaście tysięcy. Nie wszystko poszło na picie. Wynajmowałem hostele 80 100 zł za noc, żeby szukać stancji, ale przeważnie piłem zamiast szukać i lądowałem na odtruciu i tak w kółko. Po ponad 3 miesiącach jakoś przeszło  tak po covidzie, przenieśli mnie na somatyczny, tak było fajnie. Dostałem 13 rentę, wróciłem na starą stancję, szybko znalazłem fajną pracę. Czułem się bardzo dobrze, ale nagle źle się poczułem i zacząłem się leczyć alkoholem, co jak wiadomo nie dla mnie. Raz drugi się udało bez konsekwencji a potem za którymś razem ostry ciąg.
I tego nie mogę sobie w ogóle darować, nie umiem z tym żyć.

Mogłem wziąć za styczeń ok 2600 pensji plus renta - a tak wszystko przepadło załamać się tylko i zabić - a ile mogłem wziąć od czerwca szkoda mówić...
Picie już teraz doprowadziło mnie na dno i nie wiem, czy z tego wyjdę. Trzeba chyba odpowiedniego otoczenia, ale gdzie takie znaleźć.

Nie ma po co żyć. Nie przypuszczałem, że mnie tak weźmie - ale było to do przewidzenia, od września, kiedy przyszedłem do schroniska było źle. Źle spałem, nerwy mnie nosiły - poczucie winy, żal po stracie i głupotach moich.

W ogóle źle znoszę pobyt i atmosferę w schroniskach, a przecież byłem parę razy i było jako tako.

Tylko pobyt w moim też domu lub na stancji mógłby mnie uratować - ale wiem, że to nierealne, a tak to nie wiem, Żona nie chce kontaktu i nie chce abym zamieszkał w moim też domu. Nie wiem, czy mnie zechcą znowu przyjąć w schronisku, oni chorych nie lubią.

Było mi naprzód wyzdrowieć, bo czułem się chory od dawna, a potem szukać pracy, jak niektórzy radzili. Trzeba było jeździć na tę terapię w Ex CORDIS to taka terapia dochodząca, są psychoterapeuci i psychiatrzy, ale naprawdę nie miałem siły rano wstawać o 6 - naprawdę to dla mnie duży problem w tym stanie.

W depresji jak to przy depresji, rano jestem nieprzytomny, w południe jako tako, a wieczorem przeważnie całkiem dobrze. Teraz jeszcze sikam co 15 minut, pampers nie wyrabia, odczuwam niepokój, śpię do obiadu jakbym chciał uciec w sen tylko usnąć nie mogę, sny mam ciekawe, barwne i takie jakbym był na realu, przeważnie Żona i Córką.
W gębie jak w d...ie, język piecze, smaku nie czuję tak mam przy nerwach.

Nie wiem co dalej robić. Tu mi raczej nie pomogą, nie ma żadnej terapii tylko leki i 5 minut rozmowy z lekarzem i to nie codziennie. Atmosfera na oddziale taka sobie. Trzeba pilnować wszystkiego bo zginąć - odpukać może, na 6 oddziale są szafki zamykane.
Może było pójść na odwyk po szpitalu, tam chociaż porozmawiają, a tu nie ma z kim. W Lublinie na odwyk w tym staniie raczej by mnie nie chcieli, prędzej w Hrubieszowie, ale tam teraz mało terapeutów i problem logistyczny - odebranie renty, zakup pampersów. Że zniżką mogę kupować na to skierowanie tylko w jednym sklepie w Lublinie.

Rozmawiałem codziennie z Kolegą, jak to On nazywał mnie najlepszym przyjacielem, ale się obraził nie wiadomo o co. Powiedziałem tylko że nie te pampersy przywiózł, a on zaraz oddał pieniądze i stwierdził, że relacje że mną go denerwują, a chodziliśmy razem na mitingi, sam nie bardzo chciał itp. i było OK. On tak ma, w sumie uzależniony od leków i alkoholu szczególnie piwa, a pożądnej terapii nie miał.
Jak we wtorek pomógł mi się dostać do szpitala obiecał pomagać, odwiedzać codziennie. Cieszyliśmy się, że na 5 oddziale, bo na 6 ojciec, który opłaca mu stancję i utrzymuje zabronił mu chodzić.

A jeszcze kończy mi się w lutym orzeczenie o niepełnosprawności - trzeba złożyć kwity.
Inny kolega trochę pomógł, ale on ciągle nie ma czasu, mało kupił do jedzenia choć mam jeszcze pieniądze,a tu kolacje marne i głodny wieczorem,  a nie ma mi kto kupić. Ten niby przyjaciel, co się obraził mi pomagał, a teraz nie ma kto i będę chodził głodny, bo kolacje marne. Żona żadnego kontaktu nie chce. Nie ma kto co kupić, na 6 oddziale z terapii kupowały choć drogo bardzo w sklepiku koło szpitala. Może inny Kolega mi pomoże.

Zasiłku chorobowego nie dostanę - trzeba chyba 30 dni odpracować, a mam umowę tylko na styczeń, na Tzech Króli miałem iść do pracy na dyżur, ale mi się mocno pogorszyło, karetka zabrała mnie do szpitala.

Nie mam żadnego pomysłu na dalsze, jeśli się nie napiję i skończę ze sobą życie. Nie wiem co robić, czuję się strasznie


środa, 11 stycznia 2023

Choroba.

 



Miałem pisać na inne tematy - a tu niespodzianka - choroba i w zasadzie nie mogę nic robić. Słabo mi i nyje w żołądku.

Już 4 dzień w szpitalu, a w sumie jutro będzie tydzień jak choruję i nie ma zmian. Cały czas podobne objawy - bardzo słaby, w żołądku jakby kamień i boli czasem taki dyskomfort, brak apetytu, prawie nie śpię, mało co jem, mało piję. Nerwy zruszone, może objawy depresji, niepokój.
Biegunka była, ale w kale nic nie znaleźli, sama woda - plecy bardzo bolą od leżenia - kroplówki dają i nic nie pomaga na razie. Za późno zacząłem się leczyć - cierpię strasznie.
Pewnie jakbym nie popił w czerwcu - wszystko było by inaczej a tak czarna rozpacz brak nadziei.

Mówią, że to zapalenie płuc po przewlekłym zapaleniu oskrzeli, też mówią grypa - już sam nie wiem.
A dzisiaj mi powiedzieli/wcześniej niby mówili, ale byłem nieprzytomny na SORe/, że wykryli przewlekłe zapalenie trzustki. Nie rozmawiałem o tym, tu na zakaźnym nie ma gastrologa, nie wiem, czy coś się dowiem. To poważna sprawa - wiadomo z czego, ale piszą, że papierosy też kurcze - odpukać.

W sumie nic nie nie wiem, ani co mi jest dokładnie, ani jak to rokuje. Wczoraj po południu było trochę lepiej a dzisiaj gorzej. Leżę - nie mogę się nad niczym skupić.
6 w 3 Króli miałem pójść do pracy, szef niby mówił, że czeka ale nie wiem ile. A jakbym nawet - odpukać wyszedł trzeba dojść do siebie. Jedzenie kupić itp. w ewentualnej pracy jeszcze wszystkiego nie wiem, szybko krótko jak zwykle pokazali i nie wszystko wiem.

Zresztą nie wiem co ja w tym stanie mogę - ledwo żyję, słaby żołądek ćmi. Nie wiem...




piątek, 16 grudnia 2022

Smutne Święta.



 Bardzo dawno nie pisałem żadnego postu.


Złożyło się na to parę przyczyn. Wymienię je pokrótce na początku, więcej wyjaśni się potem w trakcie pisania.


- Przede wszystkim ostatnio nasiliły mi się objawy depresji o których pisałem i nie bardzo wtedy chce mi się działać.

- Trochę straciłem entuzjazm.

- Marnuję czas na głupoty - rano i przed południem fatalnie się czuję. Po południu zwykle lepiej, wieczorem całkiem dobrze - typowe objawy depresji, ale wtedy robię fajki, chodzę do sklepu i na mitingi AA.


Trudno też pisać na telefonie, a laptop straciłem. Gospodarz u którego mieszkałem policzył go sobie za niby straty, a nie było ich dużo. Trzeba mi było zgłosić to na policji.


Bierzące sprawy będę opisywał w wątku - NOTES, takie trochę obok w wątku MYŚLI


Nie da się ukryć, że w tym wątku posty będą powstawać w pewnym powiązaniu z korespondencją, którą czasem prowadzę że znajomym Psychoterapeutą, bardzo mi ona pomaga. A także z rozmowami z moją znajomą od bardzo dawna Panią Psychiatrą. Również rozmowy z przyjaciółmi /jakoś mało ich teraz trochę/.


Teraz napiszę parę słów co teraz u mnie się dzieje. Będę zapewne się użalał.


No i tak jak przypuszczałem głupotę znalazłem się znowu w takiej złej sytuacji. Od połowy września mieszkam w schronisku, którego nie cierpię - przyzwyczaiłem się już do stancji i swojego mieszkania.

Niby zapewniają tu dach nad głową, ciepełko oraz posiłek trzy razy dziennie. Lecz jest on nie wystarczający, tylko w weekend jest lepiej.


Ludzie różni jak w każdej społeczności, tylko tu myślę większość z powodu picia alkoholu, a to jak wiadomo zmienia człowieka.


Trzeba zatem dokupywać jedzenie, leki, bilety, środki czystości itp. W moim przypadku jeszcze pampersy, ponieważ mam pęcherz neurogenny, co jest bardzo uciążliwe.


A mam tylko małą rentę z której komornik i pomoc społeczna zabiera, to taki zwrot za zasiłek.


Na rękę dostaję 780 zł, za schronisko płacę z tego 80. Telefon 30, leki różnie od 100 do 200. Pieluchomajtki 90 i inne drobne wydatki.


Wiem - że nadużywam, ale pozwalam sobie prosić przyjaciół i znajomych o wsparcie. Już kiedyś pomagali i chyba mają już dosyć.


Najgorzej, że zbliżają się Święta. Nikt mnie nie zaprosi i muszę spędzać w schronisku. A wolałbym sam lub z rodziną lub przyjaciółmi. Bardzo mi przykro z tego powodu. Niby jestem z ludźmi a czuję się sam, może nie umiem mimo swojej

 uczoności się znaleźć?


                      Źródło - pixabay.com 





czwartek, 15 września 2022

Zrzutka.

 

Jutro lub pojutrze wyjdę że szpitala, mam w związku z tym obawy, jak pisałem. Mam nadzieję, że będzie mi się chciało dalej pisać posty.

Na razie przypomnę o mojej zrzutce -

https://zrzutka.pl/9ryut5





Można sobie różnie o niej myśleć piszę o tym -

https://www.problems.pl/p/blog-page_93.html

Jest to dla mnie szansa, może bezczelność ktoś powie.



Nauczyciel.


Witam ponownie czytelników!

NIE CHCE MI SIĘ NIC ROBIĆ…” – to nie rób nic. Po co robić coś, co tak naprawdę nie sprawia nam przyjemności, co nas męczy. Czasami warto podarować sobie taki wolny dzień, a nawet kilka takich dni, jeśli czujemy, że tego potrzebujemy.
- fragment książki Aleksandry Jagodzińskij - Bliskie Rozmowy.

To stan jak mam w ostatnim okresie. No i prawie nic nie robię. Fajnie - tylko tych wolnych dni mam ostatnio raczej za dużo.


Ostatni raz zamieściłem post miesiąc temu, brakuje mi tego pisania, ale niestety tak wyszło.
Złożyło się na to parę przyczyn -

- miałem nawrót objawów kryzysu, depresji, czy też nawrót chęci picia, jak uważa moja pani Dr;

- wróciły myśli o głupim, ostatnim zapiciu i jego konsekwencjach, niby trochę się pogodziłem, ale wraca;

- myśli o konieczności niechcianego, a koniecznego pobytu w schronisku, przynajmniej przez jakiś czas;

- jakaś infekcja, niby tylko do 37,4 dochodziło, ale czułem się źle, jakbym miał dużo więcej, tak miewam, apetyt gorszy, papieroy i kawa tak nie smakują jak trzeba. Ostatnio wyszła z krwi infekcja - CRP 100 przy normie 5, jestem teraz na antybiotyku przez 10 dni i przez to przedłużył się pobyt w szpitalu. Jak skończę antybiotyk trzeba będzie wychodzić w końcu.

- A przede wszystkim ogromna niechęć, wręcz wstręt do pisania, czytania.
Marnuję czas kręcę się w tą i tamtą, doczego to potrzebne?
Śpię czasem w dzień co mi się nigdy nie zdarzało, raz spałem 18 godzin.

Przeglądam Facebooka, są tam nie tylko głupoty, ale są i ciekawe posty, odnośniki do interesujących artykułów. Ale głównie powinienem stosować autoterapię, chociażby przez pisanie i czytanie literatury psychologicznej.

To ostatnie, ta odraza myślę, że wynika z dwóch rzeczy -

- Źle mi samemu, tęsknię za Żoną, łudzę się, że jeszcze ją odzyskam pomimo krzywd, które jej zrobiłem. Śni mi się po nocach ciągle tak jak Córką, myślę ciągle o niej, wspominam dobre chwile spędzone razem. Jak pisałem - wiem, że to niepoważne, ale tak mam. Całe życie tylko Ją kochałem i kocham nadal. Ciężko mi żyć bez Niej. Myślę, że mieści się to w granicach normy.  Jest wiele przykładów takiej miłości wśród ludzi mniej lub bardziej znanych.

- Przypomina mi się też całe życie. Chyba mam za dużo czasu wolnego.
Było dużo porażek, ale też wiele sukcesów, które nie zawsze do końca wykorzystałem.
Nie wiem na ile jest to sens, ale mam ochotę na opisanie niektórych wspomnień. Z jednej strony to niezdrowe, ale z drugiej może da się opisać i w końcu zamknąć pewne rozdziały.

Jak tak patrzę wstecz to wyróżniam 4 rozdziały -

1. Dzieciństwo i wczesna młodość. Trochę pisałem o tym w wątku Moje dzieje. Trzeba by tu uzupełnić to i owo.

2. Wczesna młodość tak od ok. 20 do 30 r.ż. Czas w większości zmarnowany. Okres studiów itp., wymaga opisu.

3. Okres od poznania Żony do momentu powrotu do picia - małżeństwo, rodzicielstwo, trzeźwienie, działalność pomocowa. Bardzo fajny czas, choć często niedoceniany. Warto parę słów o tym chociażby dla przyszłych pokoleń .

4. Okres powrotu do picia, potężnych problemów, klęsk jedna za drugą. Opisywałem to w wątku Dziennik.

Ten ostatni okres szczególnie rzutuje na ocenę mojego życia. Uważam je za zmarnowane, przekreśliłem wszystko co miałem. Sądzę, że już nic dobrego mnie nie spotka już w życiu, wszystko przepadło, wiek też już nie ten. Została tylko wegetacja. Marna emerytura, nawet na stancję nie będzie bez pracy, chyba, że jednak wrócę jakimś cudem do mojego też mieszkania. Wszystkie marzenia szlak trafił
i nie widzę sensu, aby cokolwiek robić ponad to co muszę, aby przeżyć. Często zastanawiam się, czy warto dalej żyć. To wszystko to gówno oprócz moczu.
Jakaś cicha nadzieja się tli, ale bardzo słabo.

Nie wszystko w życiu straciłem przez picie alkoholu, ale bardzo dużo. Poza tym nie podążałem często za marzeniami -

Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca.
Joseph Conrad, Lord Jim.

Były złe decyzje, ale z drugiej strony na dany czas były racjonalne co nie znaczy, że właściwe, ale to tak dzisiaj po latach wygląda.

Podam przykład -
Jak miałem naście lat chciałem zostać nauczycielem tak jak Babka i Dziadek. Ponieważ w owym czasie zarobki nauczycieli były marne /podobnie jak dzisiaj/ wybrałem kierunek studiów - politechnika - budowa dróg i mostów. Inżynierowie lepiej zarabiali. Nie do końca kochałem inżynierię, ale była całkiem spoko. Z matematyką i fizyką nieźle sobie radziłem, nie byłem wybitny, ale do nauczania wystarczyłoby raczej.
Mogłem zresztą pójść do nauczycielstwa i po politechnice, ale wtedy zacząłem więcej pić. Rok studiów potem urlop dziekański, potem studia i znowu urlop i tak zaliczyłem 2,5 lat studiów, 5 w sześć lat. Wróciłem jeszcze na zaoczne studia na jeden semestr, ale już nie bardzo dawałem radę bo ta mała działalność gospodarcza i ciężko. A może nie miałem wtedy przekonania do nich, bo przecież zaocznie uniwersytet potem skończyłem i magistra zrobiłem. Diabli wiedzą po co, ale to zupełnie inna bajka.

W tym w drugim okresie życia zdarzyło mi się jednak uczyć trochę w szkole. Nie pamiętam, czy w przerwach studiów, czy po, może po.

W tym czasie było wiele małych wiejskich szkół podstawowych, potem dopiero zrobiono zbiorcze. Te wiejskie były kameralne, parę klas w klasie kilkanaście, czasem kilkoro uczniów. Brakowało tam nauczycieli więc zatrudniano osoby nawet po liceum i tygodniowym kursie. I ja tak się zatrudniłem. Dojeżdżałem do małej szkoły w pobliskiej wsi. Autobus PKS miałem tak, że akurat zdążałem na lekcje i miałem powrót po. Uczyłem matematyki, bardzo mi to się podobało. Niestety przyszedł Dzień Nauczyciela i zacząłem świętować, naprzód w szkole, później z kolegami. No i oczywiście ciąg I zatrucie. Już wtedy tak miewałem. Do szkoły nie wróciłem, chociaż mnie chcieli chociażby do wychowania technicznego teraz. Najbardziej, pomijając wszystko, było mi głupio że zawiodłem takiego chłopaczka, który mnie polubił i czekał codziennie na mnie kiedy przyjeżdżał autobus.
Zatrudniłem się jeszcze w innej szkole jako nauczyciel wychowania technicznego, ale chyba, nie pamiętam nawet nie podjąłem pracy. Ojciec przyjaciela załatwił mi pracę też jak nauczyciel wychowania technicznego, ale nie przyjąłem jej.




I tak moje marzenia legły w gruzach. Oczywiście przez picie alkoholu. Mogłem sobie na to pozwolić gdyż jak to mówią miałem zapewniony wikt i opierunek przez Ciotkę, Mamę i Babkę. Pobyt na studiach stancja itp. opłacony. Na papierosy i alkohol dało się wyciągnąć.

Jeszcze parę rzeczy warto by opisać, może później. W każdym razie stracony czas. Najgorsze, że miałem predyspozycje i mam do nauczania i przepadło. Potem w okresie długiej trzeźwości jakoś to odżałował i myślę odkupiłem, a teraz znowu wróciło.

Ogólnie na dzień dzisiejszy narzekam jak zwykle, doła mam dużego, a powinienem trochę optymizmu w siebie tchnąć tym bardziej, że muszę stawić czoło życiu poza szpitalem - schronisko, niestety itp.

niedziela, 14 sierpnia 2022

Depresja

 Na początku przypomnę, że prowadzę zrzutkę na podstronie - Postaw kawę lub zainwestuj w Blogera


Ludzie znierają na różne rzeczy. Może to wyglądać na żebractwo, ale jest to też dla darczyńców pewna inwestycja. Pieniądze szczęścia nie dają, ale dzięki nim można coś zrobić. Na razie to przyszłość, ale może rozwinę tę stronę, może jakiś ośrodek, może będę miał czas na porady. Pomimo tego, że zapijałem w ostatnich czasach zostało mi jeszcze sporo wiedzy, doświadczenia i umiejętności.


Mało piszę, ponieważ dalej nic mi się nie chce. Nie widzę przyszłości. Sensu nic nie ma. Może przejdzie na wolności, ale dalej myślę też o odwyku. Jednak sądzę, że wejście między ludzi będzie lepsze, chociaż to tylko schronisko, którego bardzo nie lubię, a właściwie robi mi się niedobrze na samą myśl.

Zacząłem czytać książkę o której wspominałem - Katolicki przewodnik po depresji - autorzy -
Kheriaty Aaro, Cihak John.


                     Zdjęcie - Ja.


Znalazłem parę fajnych myśli, ale ogólnie to nie bardzo dla mnie. Za bardzo religijna. Zbawienie Świata przez Jezusa, Trójca Święta, tajemnica krzyża itp. są dla mnie nie do uwierzenia, pisałem o tym kiedyś m. in. w poście -
Czy wiara i Bóg potrzebne. Z 04.
05.2022 r.

Natomiast podoba mi się np. określenie depresji jako utraty zwykłej ludzkiej nadziei w przeciwieństwie do zwykłego smutku, który dotyka każdego /s.9/.Człowiek w stanie depresji odczuwa jakby uczucie duszenia, tak pisze pisarz William Styron /s.45/. Mam w tej chwili podobne odczucia. Brakuje mi m. in.  często powietrza. Nie jest to tylko chęć napicia się, tęsknota za wódką jak twierdzi moja znajoma pani Dr jest to coś więcej taka - beznadzieja. Choć oczywiście wiem, że alkohol by pomógł na chwilę  ale potem...
Inna sprawa, że jakbym, wspominałem wygrał lub dostał większe pieniądze to objawy szybko by przeszły. Podobnie, jakby Żona chciała mnie przyjąć z powrotem do mojego też domu.

Smutne jest to, że nigdy nie mamy wystarczająco dużo czasu dla kogoś kogo kochamy /s.12/

Na to zwraca uwagę we wstępie dr J. David Franks.

Autor we wprowadzeniu przypomina, jak trudno jest opisać depresję. Jak zajmuje ona coraz wyższe miejsce pośród chorób psychicznych. 
Przytacza przykład starszej wierzącej kobiety, która pokonała raka, ale popełniła  samobójstwo, bo nie wytrzymała bólu depresji.

Przypomina, że depresja nie jest zwykłym przygnębieniem, zwykłym zagłębieniem w sensie geograficzny, a raczej jest głębokim dołem /s.18, 19/. Myślę, że trudno wyznaczyć granicę, cierpi ciało, psychika i dusza.

U mnie trwa to trochę długo i wszystkie te części cierpią. Moja Dr prowadząca uważa, że to po prostu zwykłe zaburzenia osobowości. Trochę może też, ale mam prawie wszystkie te objawy -

Depresja polega na zaburzeniach nastroju (smutek, utrata przyjemności, pesymistyczne spojrzenie na świat i siebie samego). Możemy ją podejrzewać, jeśli taki stan trwa ponad dwa tygodnie i ma znaczący wpływ na codzienne życie (trudności ze snem, zaburzenia apetytu i popędu seksualnego, utrata sprawności intelektualnej, chęć izolacji).

Depresja nie jest chwilowym obniżeniem nastroju, ale poważnym zaburzeniem psychicznym. Co znaczy, że mówienie do chorego, by wziął się w garść, nie pomoże mu. Sama wola nie pozwala się z tego wydostać. Depresję trzeba leczyć.

Czasem niektóre objawy depresji się utrzymują: najczęściej są to problemy ze snem, jedzeniem i seksem, chroniczne zmęczenie, niepokój, pesymizm, niska samoocena, brak motywacji, zmniejszone uczucia emocjonalne, oraz utrzymywanie się depresyjnych myśli.

https://pacjent.gov.pl/jak-zyc-z-choroba/kiedy-smutek-jest-choroba

Ponad 2 tygodnie się utrzymuje itd. tylko apetyt jako tako i śpię, ale po lekach może.

Wspomniałem tu o duszy. Każdy czuje co to jest, ale trudno to zdefiniować. Duchowość wg mnie nie musi się wiązać z religijności. Duchowością może być też np. przeżywanie piękna, też miłość szeroko rozumiana często wykracza poza zwykłe uczucia.

Przy depresji modlitwa nie zastąpi leczenia, tak jak leczenie nie zastąpi modlitwy. Nie znaczy to, że niewierzący muszą się modlić, aby wyzdrowieć. Wrócę do tego.

Na razie przerwę lekturę. Trochę napisałem, ale czuję się źle - kawa i papierosy mi nie smakują, to głupie, ale to ważny objaw u mnie.