piątek, 16 grudnia 2022

Smutne Święta.



 Bardzo dawno nie pisałem żadnego postu.


Złożyło się na to parę przyczyn. Wymienię je pokrótce na początku, więcej wyjaśni się potem w trakcie pisania.


- Przede wszystkim ostatnio nasiliły mi się objawy depresji o których pisałem i nie bardzo wtedy chce mi się działać.

- Trochę straciłem entuzjazm.

- Marnuję czas na głupoty - rano i przed południem fatalnie się czuję. Po południu zwykle lepiej, wieczorem całkiem dobrze - typowe objawy depresji, ale wtedy robię fajki, chodzę do sklepu i na mitingi AA.


Trudno też pisać na telefonie, a laptop straciłem. Gospodarz u którego mieszkałem policzył go sobie za niby straty, a nie było ich dużo. Trzeba mi było zgłosić to na policji.


Bierzące sprawy będę opisywał w wątku - NOTES, takie trochę obok w wątku MYŚLI


Nie da się ukryć, że w tym wątku posty będą powstawać w pewnym powiązaniu z korespondencją, którą czasem prowadzę że znajomym Psychoterapeutą, bardzo mi ona pomaga. A także z rozmowami z moją znajomą od bardzo dawna Panią Psychiatrą. Również rozmowy z przyjaciółmi /jakoś mało ich teraz trochę/.


Teraz napiszę parę słów co teraz u mnie się dzieje. Będę zapewne się użalał.


No i tak jak przypuszczałem głupotę znalazłem się znowu w takiej złej sytuacji. Od połowy września mieszkam w schronisku, którego nie cierpię - przyzwyczaiłem się już do stancji i swojego mieszkania.

Niby zapewniają tu dach nad głową, ciepełko oraz posiłek trzy razy dziennie. Lecz jest on nie wystarczający, tylko w weekend jest lepiej.


Ludzie różni jak w każdej społeczności, tylko tu myślę większość z powodu picia alkoholu, a to jak wiadomo zmienia człowieka.


Trzeba zatem dokupywać jedzenie, leki, bilety, środki czystości itp. W moim przypadku jeszcze pampersy, ponieważ mam pęcherz neurogenny, co jest bardzo uciążliwe.


A mam tylko małą rentę z której komornik i pomoc społeczna zabiera, to taki zwrot za zasiłek.


Na rękę dostaję 780 zł, za schronisko płacę z tego 80. Telefon 30, leki różnie od 100 do 200. Pieluchomajtki 90 i inne drobne wydatki.


Wiem - że nadużywam, ale pozwalam sobie prosić przyjaciół i znajomych o wsparcie. Już kiedyś pomagali i chyba mają już dosyć.


Najgorzej, że zbliżają się Święta. Nikt mnie nie zaprosi i muszę spędzać w schronisku. A wolałbym sam lub z rodziną lub przyjaciółmi. Bardzo mi przykro z tego powodu. Niby jestem z ludźmi a czuję się sam, może nie umiem mimo swojej

 uczoności się znaleźć?


                      Źródło - pixabay.com 





czwartek, 15 września 2022

Zrzutka.

 

Jutro lub pojutrze wyjdę że szpitala, mam w związku z tym obawy, jak pisałem. Mam nadzieję, że będzie mi się chciało dalej pisać posty.

Na razie przypomnę o mojej zrzutce -

https://zrzutka.pl/9ryut5





Można sobie różnie o niej myśleć piszę o tym -

https://www.problems.pl/p/blog-page_93.html

Jest to dla mnie szansa, może bezczelność ktoś powie.



Nauczyciel.


Witam ponownie czytelników!

NIE CHCE MI SIĘ NIC ROBIĆ…” – to nie rób nic. Po co robić coś, co tak naprawdę nie sprawia nam przyjemności, co nas męczy. Czasami warto podarować sobie taki wolny dzień, a nawet kilka takich dni, jeśli czujemy, że tego potrzebujemy.
- fragment książki Aleksandry Jagodzińskij - Bliskie Rozmowy.

To stan jak mam w ostatnim okresie. No i prawie nic nie robię. Fajnie - tylko tych wolnych dni mam ostatnio raczej za dużo.


Ostatni raz zamieściłem post miesiąc temu, brakuje mi tego pisania, ale niestety tak wyszło.
Złożyło się na to parę przyczyn -

- miałem nawrót objawów kryzysu, depresji, czy też nawrót chęci picia, jak uważa moja pani Dr;

- wróciły myśli o głupim, ostatnim zapiciu i jego konsekwencjach, niby trochę się pogodziłem, ale wraca;

- myśli o konieczności niechcianego, a koniecznego pobytu w schronisku, przynajmniej przez jakiś czas;

- jakaś infekcja, niby tylko do 37,4 dochodziło, ale czułem się źle, jakbym miał dużo więcej, tak miewam, apetyt gorszy, papieroy i kawa tak nie smakują jak trzeba. Ostatnio wyszła z krwi infekcja - CRP 100 przy normie 5, jestem teraz na antybiotyku przez 10 dni i przez to przedłużył się pobyt w szpitalu. Jak skończę antybiotyk trzeba będzie wychodzić w końcu.

- A przede wszystkim ogromna niechęć, wręcz wstręt do pisania, czytania.
Marnuję czas kręcę się w tą i tamtą, doczego to potrzebne?
Śpię czasem w dzień co mi się nigdy nie zdarzało, raz spałem 18 godzin.

Przeglądam Facebooka, są tam nie tylko głupoty, ale są i ciekawe posty, odnośniki do interesujących artykułów. Ale głównie powinienem stosować autoterapię, chociażby przez pisanie i czytanie literatury psychologicznej.

To ostatnie, ta odraza myślę, że wynika z dwóch rzeczy -

- Źle mi samemu, tęsknię za Żoną, łudzę się, że jeszcze ją odzyskam pomimo krzywd, które jej zrobiłem. Śni mi się po nocach ciągle tak jak Córką, myślę ciągle o niej, wspominam dobre chwile spędzone razem. Jak pisałem - wiem, że to niepoważne, ale tak mam. Całe życie tylko Ją kochałem i kocham nadal. Ciężko mi żyć bez Niej. Myślę, że mieści się to w granicach normy.  Jest wiele przykładów takiej miłości wśród ludzi mniej lub bardziej znanych.

- Przypomina mi się też całe życie. Chyba mam za dużo czasu wolnego.
Było dużo porażek, ale też wiele sukcesów, które nie zawsze do końca wykorzystałem.
Nie wiem na ile jest to sens, ale mam ochotę na opisanie niektórych wspomnień. Z jednej strony to niezdrowe, ale z drugiej może da się opisać i w końcu zamknąć pewne rozdziały.

Jak tak patrzę wstecz to wyróżniam 4 rozdziały -

1. Dzieciństwo i wczesna młodość. Trochę pisałem o tym w wątku Moje dzieje. Trzeba by tu uzupełnić to i owo.

2. Wczesna młodość tak od ok. 20 do 30 r.ż. Czas w większości zmarnowany. Okres studiów itp., wymaga opisu.

3. Okres od poznania Żony do momentu powrotu do picia - małżeństwo, rodzicielstwo, trzeźwienie, działalność pomocowa. Bardzo fajny czas, choć często niedoceniany. Warto parę słów o tym chociażby dla przyszłych pokoleń .

4. Okres powrotu do picia, potężnych problemów, klęsk jedna za drugą. Opisywałem to w wątku Dziennik.

Ten ostatni okres szczególnie rzutuje na ocenę mojego życia. Uważam je za zmarnowane, przekreśliłem wszystko co miałem. Sądzę, że już nic dobrego mnie nie spotka już w życiu, wszystko przepadło, wiek też już nie ten. Została tylko wegetacja. Marna emerytura, nawet na stancję nie będzie bez pracy, chyba, że jednak wrócę jakimś cudem do mojego też mieszkania. Wszystkie marzenia szlak trafił
i nie widzę sensu, aby cokolwiek robić ponad to co muszę, aby przeżyć. Często zastanawiam się, czy warto dalej żyć. To wszystko to gówno oprócz moczu.
Jakaś cicha nadzieja się tli, ale bardzo słabo.

Nie wszystko w życiu straciłem przez picie alkoholu, ale bardzo dużo. Poza tym nie podążałem często za marzeniami -

Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca.
Joseph Conrad, Lord Jim.

Były złe decyzje, ale z drugiej strony na dany czas były racjonalne co nie znaczy, że właściwe, ale to tak dzisiaj po latach wygląda.

Podam przykład -
Jak miałem naście lat chciałem zostać nauczycielem tak jak Babka i Dziadek. Ponieważ w owym czasie zarobki nauczycieli były marne /podobnie jak dzisiaj/ wybrałem kierunek studiów - politechnika - budowa dróg i mostów. Inżynierowie lepiej zarabiali. Nie do końca kochałem inżynierię, ale była całkiem spoko. Z matematyką i fizyką nieźle sobie radziłem, nie byłem wybitny, ale do nauczania wystarczyłoby raczej.
Mogłem zresztą pójść do nauczycielstwa i po politechnice, ale wtedy zacząłem więcej pić. Rok studiów potem urlop dziekański, potem studia i znowu urlop i tak zaliczyłem 2,5 lat studiów, 5 w sześć lat. Wróciłem jeszcze na zaoczne studia na jeden semestr, ale już nie bardzo dawałem radę bo ta mała działalność gospodarcza i ciężko. A może nie miałem wtedy przekonania do nich, bo przecież zaocznie uniwersytet potem skończyłem i magistra zrobiłem. Diabli wiedzą po co, ale to zupełnie inna bajka.

W tym w drugim okresie życia zdarzyło mi się jednak uczyć trochę w szkole. Nie pamiętam, czy w przerwach studiów, czy po, może po.

W tym czasie było wiele małych wiejskich szkół podstawowych, potem dopiero zrobiono zbiorcze. Te wiejskie były kameralne, parę klas w klasie kilkanaście, czasem kilkoro uczniów. Brakowało tam nauczycieli więc zatrudniano osoby nawet po liceum i tygodniowym kursie. I ja tak się zatrudniłem. Dojeżdżałem do małej szkoły w pobliskiej wsi. Autobus PKS miałem tak, że akurat zdążałem na lekcje i miałem powrót po. Uczyłem matematyki, bardzo mi to się podobało. Niestety przyszedł Dzień Nauczyciela i zacząłem świętować, naprzód w szkole, później z kolegami. No i oczywiście ciąg I zatrucie. Już wtedy tak miewałem. Do szkoły nie wróciłem, chociaż mnie chcieli chociażby do wychowania technicznego teraz. Najbardziej, pomijając wszystko, było mi głupio że zawiodłem takiego chłopaczka, który mnie polubił i czekał codziennie na mnie kiedy przyjeżdżał autobus.
Zatrudniłem się jeszcze w innej szkole jako nauczyciel wychowania technicznego, ale chyba, nie pamiętam nawet nie podjąłem pracy. Ojciec przyjaciela załatwił mi pracę też jak nauczyciel wychowania technicznego, ale nie przyjąłem jej.




I tak moje marzenia legły w gruzach. Oczywiście przez picie alkoholu. Mogłem sobie na to pozwolić gdyż jak to mówią miałem zapewniony wikt i opierunek przez Ciotkę, Mamę i Babkę. Pobyt na studiach stancja itp. opłacony. Na papierosy i alkohol dało się wyciągnąć.

Jeszcze parę rzeczy warto by opisać, może później. W każdym razie stracony czas. Najgorsze, że miałem predyspozycje i mam do nauczania i przepadło. Potem w okresie długiej trzeźwości jakoś to odżałował i myślę odkupiłem, a teraz znowu wróciło.

Ogólnie na dzień dzisiejszy narzekam jak zwykle, doła mam dużego, a powinienem trochę optymizmu w siebie tchnąć tym bardziej, że muszę stawić czoło życiu poza szpitalem - schronisko, niestety itp.

niedziela, 14 sierpnia 2022

Depresja

 Na początku przypomnę, że prowadzę zrzutkę na podstronie - Postaw kawę lub zainwestuj w Blogera


Ludzie znierają na różne rzeczy. Może to wyglądać na żebractwo, ale jest to też dla darczyńców pewna inwestycja. Pieniądze szczęścia nie dają, ale dzięki nim można coś zrobić. Na razie to przyszłość, ale może rozwinę tę stronę, może jakiś ośrodek, może będę miał czas na porady. Pomimo tego, że zapijałem w ostatnich czasach zostało mi jeszcze sporo wiedzy, doświadczenia i umiejętności.


Mało piszę, ponieważ dalej nic mi się nie chce. Nie widzę przyszłości. Sensu nic nie ma. Może przejdzie na wolności, ale dalej myślę też o odwyku. Jednak sądzę, że wejście między ludzi będzie lepsze, chociaż to tylko schronisko, którego bardzo nie lubię, a właściwie robi mi się niedobrze na samą myśl.

Zacząłem czytać książkę o której wspominałem - Katolicki przewodnik po depresji - autorzy -
Kheriaty Aaro, Cihak John.


                     Zdjęcie - Ja.


Znalazłem parę fajnych myśli, ale ogólnie to nie bardzo dla mnie. Za bardzo religijna. Zbawienie Świata przez Jezusa, Trójca Święta, tajemnica krzyża itp. są dla mnie nie do uwierzenia, pisałem o tym kiedyś m. in. w poście -
Czy wiara i Bóg potrzebne. Z 04.
05.2022 r.

Natomiast podoba mi się np. określenie depresji jako utraty zwykłej ludzkiej nadziei w przeciwieństwie do zwykłego smutku, który dotyka każdego /s.9/.Człowiek w stanie depresji odczuwa jakby uczucie duszenia, tak pisze pisarz William Styron /s.45/. Mam w tej chwili podobne odczucia. Brakuje mi m. in.  często powietrza. Nie jest to tylko chęć napicia się, tęsknota za wódką jak twierdzi moja znajoma pani Dr jest to coś więcej taka - beznadzieja. Choć oczywiście wiem, że alkohol by pomógł na chwilę  ale potem...
Inna sprawa, że jakbym, wspominałem wygrał lub dostał większe pieniądze to objawy szybko by przeszły. Podobnie, jakby Żona chciała mnie przyjąć z powrotem do mojego też domu.

Smutne jest to, że nigdy nie mamy wystarczająco dużo czasu dla kogoś kogo kochamy /s.12/

Na to zwraca uwagę we wstępie dr J. David Franks.

Autor we wprowadzeniu przypomina, jak trudno jest opisać depresję. Jak zajmuje ona coraz wyższe miejsce pośród chorób psychicznych. 
Przytacza przykład starszej wierzącej kobiety, która pokonała raka, ale popełniła  samobójstwo, bo nie wytrzymała bólu depresji.

Przypomina, że depresja nie jest zwykłym przygnębieniem, zwykłym zagłębieniem w sensie geograficzny, a raczej jest głębokim dołem /s.18, 19/. Myślę, że trudno wyznaczyć granicę, cierpi ciało, psychika i dusza.

U mnie trwa to trochę długo i wszystkie te części cierpią. Moja Dr prowadząca uważa, że to po prostu zwykłe zaburzenia osobowości. Trochę może też, ale mam prawie wszystkie te objawy -

Depresja polega na zaburzeniach nastroju (smutek, utrata przyjemności, pesymistyczne spojrzenie na świat i siebie samego). Możemy ją podejrzewać, jeśli taki stan trwa ponad dwa tygodnie i ma znaczący wpływ na codzienne życie (trudności ze snem, zaburzenia apetytu i popędu seksualnego, utrata sprawności intelektualnej, chęć izolacji).

Depresja nie jest chwilowym obniżeniem nastroju, ale poważnym zaburzeniem psychicznym. Co znaczy, że mówienie do chorego, by wziął się w garść, nie pomoże mu. Sama wola nie pozwala się z tego wydostać. Depresję trzeba leczyć.

Czasem niektóre objawy depresji się utrzymują: najczęściej są to problemy ze snem, jedzeniem i seksem, chroniczne zmęczenie, niepokój, pesymizm, niska samoocena, brak motywacji, zmniejszone uczucia emocjonalne, oraz utrzymywanie się depresyjnych myśli.

https://pacjent.gov.pl/jak-zyc-z-choroba/kiedy-smutek-jest-choroba

Ponad 2 tygodnie się utrzymuje itd. tylko apetyt jako tako i śpię, ale po lekach może.

Wspomniałem tu o duszy. Każdy czuje co to jest, ale trudno to zdefiniować. Duchowość wg mnie nie musi się wiązać z religijności. Duchowością może być też np. przeżywanie piękna, też miłość szeroko rozumiana często wykracza poza zwykłe uczucia.

Przy depresji modlitwa nie zastąpi leczenia, tak jak leczenie nie zastąpi modlitwy. Nie znaczy to, że niewierzący muszą się modlić, aby wyzdrowieć. Wrócę do tego.

Na razie przerwę lekturę. Trochę napisałem, ale czuję się źle - kawa i papierosy mi nie smakują, to głupie, ale to ważny objaw u mnie.

środa, 10 sierpnia 2022

Szpital.

Dawno nic nie pisałem na stronie. Wynika to z faktu, że jak już wcześniej pisałem, że nie mogę się za nic zabrać.

Mam takie objawy jak przy tak zwanym - syndromie chronicznego zmęczenia, tylko, że one jak się definiuje utrzymać się muszą przez pół roku.

Niby ostatnio czułem się czasami trochę lepiej, ale niekiedy miewam  straszne bóle stawów, czasem mniejsze, to raczej na tle nerwowym.

Ale najgorsze jest to, że jestem ciągle bardzo słaby. Śpię normalnie, ale wstaję zmęczony i w zasadzie cały dzień jestem do kitu, nie mam siły nic robić, nawet siedzieć mi ciężko.

Czasami samopoczucie bywało bardzo kiepskie, aż się wściekałem, chociażby z tego względu trzeba jeszcze trochę posiedzieć w szpitalu, bo są nawroty kryzysu - będą i później, ale z drugiej strony trzeba wyjść, bo raczej tu mi się nie polepszy już. Niby poprzednio opracowałem plan jak wtedy reagować  ale nie zastosowałem, jeszcze raz trzeba powtórzyć. Wyraźnie to u mnie czuć jak dzieje się coś niedobrego - trzeba przeczekać, leki, a ja szybko wódką chcę zwalczyć, pomaga przez chwilę.

Ale chyba główny powód złego samopoczucia to to - że muszę pójść do schroniska, na samą myśl mi się robi słabo i niedobrze.
Czasem wraca też przeszłość bliższa i dalsza, dobra i zła. Też bardzo dalsza, kiedy byłem młody i snułem marzenia.

Mój znajomy Terapeuta napisał znowu długi list. Każdy list od Niego to dla mnie promyk słońca. Tylko listy do Niego i do Żony /wiem, że to głupie do niej pisać/, jakoś trochę chce mi się pisać, a i tak zmuszam się do pisania, chodzę z kąta w kąt palę papierosy.

Trochę mam z kim porozmawiać, ale wszystko jasne nie ma o czym, mówią - zaczynać jeszcze raz, a ja jak pisałem nie bardzo mam na to siłę.
Mam jednego Kolegę z którym dużo rozmawiam, ale jest on w podobnym marazmie jak ja, pisałem kiedyś o nim. Odnowiłem znajomość z jeszcze drugim, wrócił do picia sporadycznie po 7 latach abstynencji, ostatnio był na odwyku i zadowolony, ale trochę popijał ostatnio, czasami mam jeszcze dwie osoby, z którymi mogę porozmawiać, tu na oddziale nikogo.

Chyba wystarczy tego użalania, było i jest ono czasami potrzebne, może pora myśleć o przyszłości. Ten szok, którego doznałem po ostatnim zapiciu przypomina PTSD - zespół stresu pourazowego. Poprzednie zapicia oprócz dwóch ostatnich były normalne, jeśli tak można powiedzieć. Może jeszcze jedno po rocznej abstynencji ciężkie, ale na krótko. A tak to z boku wygląda jakbym się przyzwyczaił do zapić. Parę dni i zapominam. Po kilkunastu znowu mogę pić, chyba, że jestem w schronisku to się pilnuję, ale po pójściu na stancję wiadomo...

PTSD trochę w części przechodzi po 1-2 miesiącach, tu sama zmiana myślenia na siłę nie pomoże - trzeba czasu, tu jest podobnie, był szok straszny po tym jak sobie zdałem sprawę co zrobiłem.

W schronisku będę cały czas czuł się źle, może jak praca to lepiej.

Myślenie o zmarnowanej szansie jednak wraca, staram się je odpędzić. Codziennie proszę Boga, tak jak go rozumiem, żeby dał mi zapomnienie i otworzył szansę na przyszłość. Też myśli, żeby skończyć ze sobą powtarzają się. Wracam też niepotrzebnie myślami do poprzednich lat - bardzo długo trwa ten nawrót picia. Przypomina mi o tym Terapeuta i znajoma pani Dr. Jest to nie do pojęcia. Wydawało się wtedy, że abstynencja była bardzo stabilna. Nie wiem jak mogłem nie zauważyć, że kropelki szkodzą. Brałem co prawda wcześniej krople żołądkowe też na alkoholu, ale bardzo sporadycznie, Cardiol C brałem regularnie.

Rozważałem znowu odwyk. Mój znajomy Terapeuta uważa, że jest to panaceum na wszystko, nie wiem dlaczego. Ja dalej się z tym nie zgadzam, może trochę coś bym wziął. Nie chce mi się jednak znowu opisywać życia i picia. Prawie wszystko opisałem na blogu. W moim mieście boję się wyrzucenia  już kiedyś wyleciałem - wtedy gdzie pójdę. W małym teraz mało terapeutów i problem logistyczny - pampersy itd. Sam dojazd to dla mnie problem ze względu na pęcherz.

A w ogóle nie chce mi się siedzieć jeszcze 2 miesiące w szpitalu, jak mam zapić to zapiję, i po odwyku i po schronisku, jak nie to nie, nie mogę cały czas w zamknięciu, a po długim, rocznym pobycie w hostelu dla uzależnionych i tak po miesiącu piłem.

Kompletnie nie wiem co robić. Na pewno jeszcze trochę trzeba posiedzieć na psychiatrii, może będę się czuł - odpukać jeszcze lepiej.

Pisałem już o Antalcolu. Niektórzy uważają, że szkodliwy. Tak, bo to siarka, ale wódką też szkodzi pewnie bardziej. Przy pierwszym trzeźwieniu na początku brałem doraźnie i było OK.

Są zioła, które wspomagają i redukują szkody - Kudzu i Alkotox, ale nie zastąpią myślenia i wyrobienia odruchu - nie sięgam, pamiętam co było potem.

Zadzwoniłem do pracy do Żony, - jak usłyszała że ja zaraz przerwała rozmowę. W sumie to też moje mieszkanie, formalnie było całkiem moje, przepisałem je na Córkę, ale traktuję je jako wspólne nas trojga.
Inna sprawa to to, że mogę mieć mieszkanie, a nie mieć prawa mieszkać.

Proponuje mój znajomy Terapeuta lekturę historii uzależnionych, którym się udało i odradza literaturę psychologiczną. Ja parę lat temu też mógłbym napisać historię zwycięstwa, ale potem wszystko szlak trafił.

Historii trzeźwych uzależnionych się nasłuchałem, w większości one mnie nudzą. Nie mam ochoty ich czytać.

Psychologiczna literatura mi pomaga np. oczywiście Frankl - jego spojrzenie na cierpienie i że nigdy nie jest za późno by sens znaleźć. Mam na tyle dystansu, że mi nie zaszkodzi, a może pomóc tym bardziej, że nie mam dostępu do psychoterapii. Picie owszem, ale są też inne problemy. Osobowość zaburzona nie tylko przez wódkę, ale jednak picie najbardziej do zaburzeń się przyczynia.

Aparatu słuchowego mi nikt teraz nie sfinansuje po utracie. Raz na 5 lat się należy. Na Żonę mógłbym wziąć, ale kiedyś mówiła, że sama może potrzebował. Żadnego zasiłku jak renta nie dadzą. Dzwonienie jest bez sensu.

Pisze Teraz -

dlaczego Pan
ma ciągle nawroty od ładnych paru lat? Zupełny brak stabilnej
abstynencji. Dlaczego? Co z Panem jest nie tak? Jak Pan na to sobie
odpowiada? A to teraz trzeba myśleć, a nie jak będzie lokum i praca, bo
wtedy motywacji do trzeźwości to już za grosz nie będzie.
Może tym razem uda się zrobić coś inaczej? Co prawda jeszcze się nie
zanosi, ale cuda się zdarzają.

Nie bardzo rozumiem co ma na myśli, co oprócz zmiany myślenia mógłbym teraz zrobić? Powie oczywiście - odwyk, ale co poza tym? Tylko odwyk, a jeśli nie?
A przyczyny powrotów do picia są dwie podstawowe -

- nieuznanie bezsilności wobec alkoholu
- pycha - mogę wypić od czasu do czasu kontrolowanie

Z pośrednich -

- rzadko AA - chociaż czasem nudzi i nie słyszę
- HALT

itp.

Mam dużo rzeczy do opisania ale -
- nie chce mi się, to z braku siły;
- zniechęcenie wywołane m.in. przez brak wiary w dobrą przyszłość;
- na telefonie ciężko.

Znalazłem książkę - Katolicki przewodnik po depresji - autorzy -
Kheriaty Aaron Cihak John.

Przejrzę, jak zwykle z pewnym dystansem. Może opiszę trochę wrażenia z lektury.

Dzisiaj zacząłem też załatwiać schronisko - trzeba jakoś się zmobilizować, nie wiem jak.





Szpital.

Dawno nic nie pisałem na stronie. Wynika to z faktu, że jak już wcześniej pisałem, że nie mogę się za nic zabrać.

Mam takie objawy jak przy tak zwanym - syndromie chronicznego zmęczenia, tylko, że one jak się definiuje utrzymać się muszą przez pół roku.

Niby ostatnio czułem się czasami trochę lepiej, ale niekiedy miewam  straszne bóle stawów, czasem mniejsze, to raczej na tle nerwowym.

Ale najgorsze jest to, że jestem ciągle bardzo słaby. Śpię normalnie, ale wstaję zmęczony i w zasadzie cały dzień jestem do kitu, nie mam siły nic robić, nawet siedzieć mi ciężko.

Czasami samopoczucie bywało bardzo kiepskie, aż się wściekałem, chociażby z tego względu trzeba jeszcze trochę posiedzieć w szpitalu, bo są nawroty kryzysu - będą i później, ale z drugiej strony trzeba wyjść, bo raczej tu mi się nie polepszy już. Niby poprzednio opracowałem plan jak wtedy reagować  ale nie zastosowałem, jeszcze raz trzeba powtórzyć. Wyraźnie to u mnie czuć jak dzieje się coś niedobrego - trzeba przeczekać, leki, a ja szybko wódką chcę zwalczyć, pomaga przez chwilę.

Ale chyba główny powód złego samopoczucia to to - że muszę pójść do schroniska, na samą myśl mi się robi słabo i niedobrze.
Czasem wraca też przeszłość bliższa i dalsza, dobra i zła. Też bardzo dalsza, kiedy byłem młody i snułem marzenia.

Mój znajomy Terapeuta napisał znowu długi list. Każdy list od Niego to dla mnie promyk słońca. Tylko listy do Niego i do Żony /wiem, że to głupie do niej pisać/, jakoś trochę chce mi się pisać, a i tak zmuszam się do pisania, chodzę z kąta w kąt palę papierosy.

Trochę mam z kim porozmawiać, ale wszystko jasne nie ma o czym, mówią - zaczynać jeszcze raz, a ja jak pisałem nie bardzo mam na to siłę.
Mam jednego Kolegę z którym dużo rozmawiam, ale jest on w podobnym marazmie jak ja, pisałem kiedyś o nim. Odnowiłem znajomość z jeszcze drugim, wrócił do picia sporadycznie po 7 latach abstynencji, ostatnio był na odwyku i zadowolony, ale trochę popijał ostatnio, czasami mam jeszcze dwie osoby, z którymi mogę porozmawiać, tu na oddziale nikogo.

Chyba wystarczy tego użalania, było i jest ono czasami potrzebne, może pora myśleć o przyszłości. Ten szok, którego doznałem po ostatnim zapiciu przypomina PTSD - zespół stresu pourazowego. Poprzednie zapicia oprócz dwóch ostatnich były normalne, jeśli tak można powiedzieć. Może jeszcze jedno po rocznej abstynencji ciężkie, ale na krótko. A tak to z boku wygląda jakbym się przyzwyczaił do zapić. Parę dni i zapominam. Po kilkunastu znowu mogę pić, chyba, że jestem w schronisku to się pilnuję, ale po pójściu na stancję wiadomo...

PTSD trochę w części przechodzi po 1-2 miesiącach, tu sama zmiana myślenia na siłę nie pomoże - trzeba czasu, tu jest podobnie, był szok straszny po tym jak sobie zdałem sprawę co zrobiłem.

W schronisku będę cały czas czuł się źle, może jak praca to lepiej.

Myślenie o zmarnowanej szansie jednak wraca, staram się je odpędzić. Codziennie proszę Boga, tak jak go rozumiem, żeby dał mi zapomnienie i otworzył szansę na przyszłość. Też myśli, żeby skończyć ze sobą powtarzają się. Wracam też niepotrzebnie myślami do poprzednich lat - bardzo długo trwa ten nawrót picia. Przypomina mi o tym Terapeuta i znajoma pani Dr. Jest to nie do pojęcia. Wydawało się wtedy, że abstynencja była bardzo stabilna. Nie wiem jak mogłem nie zauważyć, że kropelki szkodzą. Brałem co prawda wcześniej krople żołądkowe też na alkoholu, ale bardzo sporadycznie, Cardiol C brałem regularnie.

Rozważałem znowu odwyk. Mój znajomy Terapeuta uważa, że jest to panaceum na wszystko, nie wiem dlaczego. Ja dalej się z tym nie zgadzam, może trochę coś bym wziął. Nie chce mi się jednak znowu opisywać życia i picia. Prawie wszystko opisałem na blogu. W moim mieście boję się wyrzucenia  już kiedyś wyleciałem - wtedy gdzie pójdę. W małym teraz mało terapeutów i problem logistyczny - pampersy itd. Sam dojazd to dla mnie problem ze względu na pęcherz.

A w ogóle nie chce mi się siedzieć jeszcze 2 miesiące w szpitalu, jak mam zapić to zapiję, i po odwyku i po schronisku, jak nie to nie, nie mogę cały czas w zamknięciu, a po długim, rocznym pobycie w hostelu dla uzależnionych i tak po miesiącu piłem.

Kompletnie nie wiem co robić. Na pewno jeszcze trochę trzeba posiedzieć na psychiatrii, może będę się czuł - odpukać jeszcze lepiej.

Pisałem już o Antalcolu. Niektórzy uważają, że szkodliwy. Tak, bo to siarka, ale wódką też szkodzi pewnie bardziej. Przy pierwszym trzeźwieniu na początku brałem doraźnie i było OK.

Są zioła, które wspomagają i redukują szkody - Kudzu i Alkotox, ale nie zastąpią myślenia i wyrobienia odruchu - nie sięgam, pamiętam co było potem.

Zadzwoniłem do pracy do Żony, - jak usłyszała że ja zaraz przerwała rozmowę. W sumie to też moje mieszkanie, formalnie było całkiem moje, przepisałem je na Córkę, ale traktuję je jako wspólne nas trojga.
Inna sprawa to to, że mogę mieć mieszkanie, a nie mieć prawa mieszkać.

Proponuje mój znajomy Terapeuta lekturę historii uzależnionych, którym się udało i odradza literaturę psychologiczną. Ja parę lat temu też mógłbym napisać historię zwycięstwa, ale potem wszystko szlak trafił.

Historii trzeźwych uzależnionych się nasłuchałem, w większości one mnie nudzą. Nie mam ochoty ich czytać.

Psychologiczna literatura mi pomaga np. oczywiście Frankl - jego spojrzenie na cierpienie i że nigdy nie jest za późno by sens znaleźć. Mam na tyle dystansu, że mi nie zaszkodzi, a może pomóc tym bardziej, że nie mam dostępu do psychoterapii. Picie owszem, ale są też inne problemy. Osobowość zaburzona nie tylko przez wódkę, ale jednak picie najbardziej do zaburzeń się przyczynia.

Aparatu słuchowego mi nikt teraz nie sfinansuje po utracie. Raz na 5 lat się należy. Na Żonę mógłbym wziąć, ale kiedyś mówiła, że sama może potrzebował. Żadnego zasiłku jak renta nie dadzą. Dzwonienie jest bez sensu.

Pisze Teraz -

dlaczego Pan
ma ciągle nawroty od ładnych paru lat? Zupełny brak stabilnej
abstynencji. Dlaczego? Co z Panem jest nie tak? Jak Pan na to sobie
odpowiada? A to teraz trzeba myśleć, a nie jak będzie lokum i praca, bo
wtedy motywacji do trzeźwości to już za grosz nie będzie.
Może tym razem uda się zrobić coś inaczej? Co prawda jeszcze się nie
zanosi, ale cuda się zdarzają.

Nie bardzo rozumiem co ma na myśli, co oprócz zmiany myślenia mógłbym teraz zrobić? Powie oczywiście - odwyk, ale co poza tym? Tylko odwyk, a jeśli nie?
A przyczyny powrotów do picia są dwie podstawowe -

- nieuznanie bezsilności wobec alkoholu
- pycha - mogę wypić od czasu do czasu kontrolowanie

Z pośrednich -

- rzadko AA - chociaż czasem nudzi i nie słyszę
- HALT

itp.

Mam dużo rzeczy do opisania ale -
- nie chce mi się, to z braku siły;
- zniechęcenie wywołane m.in. przez brak wiary w dobrą przyszłość;
- na telefonie ciężko.

Znalazłem książkę - Katolicki przewodnik po depresji - autorzy -
Kheriaty Aaron Cihak John.

Przejrzę, jak zwykle z pewnym dystansem. Może opiszę trochę wrażenia z lektury.

Dzisiaj zacząłem też załatwiać schronisko - trzeba jakoś się zmobilizować, nie wiem jak.





wtorek, 26 lipca 2022

Kryzys.

 

Tak jak patrzę na moje ostatnie zachowania to widzę że przechodzę fazy kryzysu. Depresja, inaczej, jak mówi moja znajoma pani Dr. M - może tęsknota za alkoholem, taki nawrót chęci.

Na początku było wyparcie - mało myślałem o tym co się wydarzyło, miałem trochę objawy odstawienne, ale stosunkowo nieduże.

Potem podobnie jak poniżej -

Sugerman wyróżnia następujące fazy kryzysu:

• Okres szoku charakteryzujący się brakiem mobilizacji do działania.

• Pobudzenie emocjonalne (rozpacz) lub obronne pomniejszanie zagrożenia.

• Zwątpienie w siebie.

• Ujawnienie emocji.

• Analiza sytuacji.

• Nadanie sensu krytycznemu zdarzeniu.

http://spspzoz.pl/interwencja-kryzysowa/

Szybko pojawiła się rozpacz, dotarło do mnie wyraźnie co się stało, nie umiem sobie do dziś darować swojej głupoty. Żeby sobie ulżyć pisałem i zresztą piszę SMSy i maile do znajomych. Chyba oczekuję jakiejś odpowiedzi, trochę wsparcia. Chyba to niedojrzałe, ale z drugiej strony to według mnie normalne, że szuka się drugiego człowieka w takiej sytuacji.
Nie mam mobilizacji do działania do dzisiaj, zresztą co ja tu mogę w szpitalu. Sądzę, że na wolności jakbym miał gdzie mieszkać zmobilizował bym się.

Ogromny żal po stracie. Miałem co chciałem. Jeden dzień picia za dużo i ogromny ciąg, konsekwencje - zabrudzenie mieszkania itp. Jakby nie to miałbym teraz gdzie wrócić, miałem zapłacone za lipiec.
Nie powinienem w o ogóle dotykać, ale jeśli już dotknąłem to nie kontynuować, ale to trudne u mnie jak nie niemożliwe. Było od razu odtrucie i przerwać ciąg. Myślałem o tym bo czułem, że sam nie dam rady. Nie miałem już siły się spakować, może było taxi lub karetkę i jechać jak stałem.

Nie tyle wątpię w siebie, co nie mam już siły kolejny raz zaczynać wszystko od początku. Myślę, że jak miałbym gdzie pójść powoli dałbym radę, choć w tej chwili mam ogromną chęć napicia, ale na wolności dałbym radę bez tego.

Emocje buzowały głównie na początku pobytu w szpitalu, wyrażałem SMSami, mailami i w głowie się kotłowało. Teraz też są, ale głownie jest marazm, rezygnacja, kompletne zniechęcenie. Jakby mi wszystko jedno tyle, że się nudzę, tracę czas i to mnie wkurza.

Próbuję z niektórymi analizować sytuację, ale nic z tego nie wynika. Nie mam żadnego ruchu - tylko siedzieć i czekać, jak pisałem - odpukać schronisko. W lotto nie wygram raczej i drugiego wyrównania renty nie dostanę.

Właśnie czemu nie potrafiłem wyhamować po wzięciu wyrównania. Bywałem przecież trzeźwy w szpitalu parę razy, może za krótko jak mówiła znajoma Dr.
Jak nie było gdzie brałem noclegi i po kilka stów. Podobnie zresztą przepuściłem kupę kasy po sprzedaży domu, tylko wtedy w dłuższym czasie.
Po wyjściach ze szpitali natychmiast lub prawie natychmiast kupowałem wódkę. Oczywiście miałem zamiar wypić tylko trochę, a ciągnęło to się tydzień przynajmniej.
Nie umiem tego pojąć, przecież nie jestem jeszcze taki pokręcony, a jednak. Też tego nie umiem sobie darować.

Kompletnie nie umiem nadać sensu temu ostatniemu zdarzeniu. Może to jest kolejne ostrzeżenie, wskazówka od Boga?
Może jeszcze się coś w życiu wydarzy i to doświadczenie się przyda, żeby nie wracać? A ja ciągle mam ochotę próbować. To głupie, ale w sytuacji fatalnego samopoczucia, pierwsza myśl to napić się. Na początku pomaga, czasami wyhamowuję, ale prędzej czy później ciąg.
Może trochę to dlatego,  aby nieść przesłanie osobom, które jeszcze piją znosnie, ale zmierzają do picia destrukcyjnego.


                             Źródło - pixabay.com 

Tu jeszcze cytaty, które znalazłem na Facebooku odpowiednie do mojej sytuacji -

"...Z żalu co przygniata cię, z czarnej nocy pełnej łez,
Nawet z beznadziei złej podniesiesz się.
Choćbyś już kamieniem był,
Choćbyś zwątpił albo pił,
Choćbyś całkiem był na dnie podniesiesz się.
Choćbyś wyparł się swych korzeni, bogów swych;
Spotkasz ludzi co, pokażą drogę ci..."

Xxxxxxxxxxxx

Myśl na dziś:
"Pamiętaj, że nie otrzymać tego, czego się chce, to czasem wspaniały łut szczęścia"
~Dalajlama~

Chciałabym wam dzisiaj przytoczyć pewną opowieść o starym chińskim rolniku, która w bardzo przykładny sposób odzwierciedla słowa Dalajlamy.

Pewien chiński rolnik uprawiał swoje pole z pomocą starego konia. Któregoś dnia koń uciekł na wzgórza, a kiedy sąsiad wyraził wieśniakowi współczucie z powodu takiego nieszczęścia, ten odpowiedział:
„Nieszczęście? Szczęście? Kto wie?”
Po tygodniu koń wrócił ze wzgórz na czele stada dzikich koni, i tym razem sąsiad gratulował wieśniakowi takiego fortunnego obrotu sprawy. A ten rzekł:
„Nieszczęście? Szczęście? Kto wie?”
A potem, kiedy jego syn starał się okiełznać któregoś z dzikich koni, spadł z grzbietu zwierzęcia i złamał nogę.
Wszyscy uważali to za nieszczęście. Ale nie chłop, którego jedyną reakcją było:
„Nieszczęście? Szczęście? Kto wie?”
Kilka tygodni później do wioski wkroczyli żołnierze i zabierali do wojska wszystkich mieszkających tam sprawnych młodzieńców. Gdy zobaczyli, że syn tego wieśniaka ma złamaną nogę, zostawili go w spokoju.
Czy teraz to było szczęście? Nieszczęście? Kto to wie.”

Czasami to, co wydaje się być błogosławieństwem, bywa również przekleństwem i na odwrót. Dlatego ważna jest akceptacja otaczających nas zjawisk. Zamiast tworzyć milion scenariuszy w głowie, po prostu zaakceptujmy rzeczywistość i wybierzmy to, co dzieje się tu i teraz.

Iliana

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Niezmiernie istotną rzeczą w procesie trzeźwienia są nasze pasje.
To one przywracają nam spokój ducha i karmią naszą duszę.
Rób to co kochasz i podaruj sobie odrobinę miłości.

Uzależniony

Kryzys.

 

Tak jak patrzę na moje ostatnie zachowania to widzę że przechodzę fazy kryzysu. Depresja, inaczej, jak mówi moja znajoma pani Dr. M - może tęsknota za alkoholem, taki nawrót chęci.

Na początku było wyparcie - mało myślałem o tym co się wydarzyło, miałem trochę objawy odstawienne, ale stosunkowo nieduże.

Potem podobnie jak poniżej -

Sugerman wyróżnia następujące fazy kryzysu:

• Okres szoku charakteryzujący się brakiem mobilizacji do działania.

• Pobudzenie emocjonalne (rozpacz) lub obronne pomniejszanie zagrożenia.

• Zwątpienie w siebie.

• Ujawnienie emocji.

• Analiza sytuacji.

• Nadanie sensu krytycznemu zdarzeniu.

http://spspzoz.pl/interwencja-kryzysowa/

Szybko pojawiła się rozpacz, dotarło do mnie wyraźnie co się stało, nie umiem sobie do dziś darować swojej głupoty. Żeby sobie ulżyć pisałem i zresztą piszę SMSy i maile do znajomych. Chyba oczekuję jakiejś odpowiedzi, trochę wsparcia. Chyba to niedojrzałe, ale z drugiej strony to według mnie normalne, że szuka się drugiego człowieka w takiej sytuacji.
Nie mam mobilizacji do działania do dzisiaj, zresztą co ja tu mogę w szpitalu. Sądzę, że na wolności jakbym miał gdzie mieszkać zmobilizował bym się.

Ogromny żal po stracie. Miałem co chciałem. Jeden dzień picia za dużo i ogromny ciąg, konsekwencje - zabrudzenie mieszkania itp. Jakby nie to miałbym teraz gdzie wrócić, miałem zapłacone za lipiec.
Nie powinienem w o ogóle dotykać, ale jeśli już dotknąłem to nie kontynuować, ale to trudne u mnie jak nie niemożliwe. Było od razu odtrucie i przerwać ciąg. Myślałem o tym bo czułem, że sam nie dam rady. Nie miałem już siły się spakować, może było taxi lub karetkę i jechać jak stałem.

Nie tyle wątpię w siebie, co nie mam już siły kolejny raz zaczynać wszystko od początku. Myślę, że jak miałbym gdzie pójść powoli dałbym radę, choć w tej chwili mam ogromną chęć napicia, ale na wolności dałbym radę bez tego.

Emocje buzowały głównie na początku pobytu w szpitalu, wyrażałem SMSami, mailami i w głowie się kotłowało. Teraz też są, ale głownie jest marazm, rezygnacja, kompletne zniechęcenie. Jakby mi wszystko jedno tyle, że się nudzę, tracę czas i to mnie wkurza.

Próbuję z niektórymi analizować sytuację, ale nic z tego nie wynika. Nie mam żadnego ruchu - tylko siedzieć i czekać, jak pisałem - odpukać schronisko. W lotto nie wygram raczej i drugiego wyrównania renty nie dostanę.

Właśnie czemu nie potrafiłem wyhamować po wzięciu wyrównania. Bywałem przecież trzeźwy w szpitalu parę razy, może za krótko jak mówiła znajoma Dr.
Jak nie było gdzie brałem noclegi i po kilka stów. Podobnie zresztą przepuściłem kupę kasy po sprzedaży domu, tylko wtedy w dłuższym czasie.
Po wyjściach ze szpitali natychmiast lub prawie natychmiast kupowałem wódkę. Oczywiście miałem zamiar wypić tylko trochę, a ciągnęło to się tydzień przynajmniej.
Nie umiem tego pojąć, przecież nie jestem jeszcze taki pokręcony, a jednak. Też tego nie umiem sobie darować.

Kompletnie nie umiem nadać sensu temu ostatniemu zdarzeniu. Może to jest kolejne ostrzeżenie, wskazówka od Boga?
Może jeszcze się coś w życiu wydarzy i to doświadczenie się przyda, żeby nie wracać? A ja ciągle mam ochotę próbować. To głupie, ale w sytuacji fatalnego samopoczucia, pierwsza myśl to napić się. Na początku pomaga, czasami wyhamowuję, ale prędzej czy później ciąg.
Może trochę to dlatego,  aby nieść przesłanie osobom, które jeszcze piją znosnie, ale zmierzają do picia destrukcyjnego.


                             Źródło - pixabay.com 

Tu jeszcze cytaty, które znalazłem na Facebooku odpowiednie do mojej sytuacji -

"...Z żalu co przygniata cię, z czarnej nocy pełnej łez,
Nawet z beznadziei złej podniesiesz się.
Choćbyś już kamieniem był,
Choćbyś zwątpił albo pił,
Choćbyś całkiem był na dnie podniesiesz się.
Choćbyś wyparł się swych korzeni, bogów swych;
Spotkasz ludzi co, pokażą drogę ci..."

Xxxxxxxxxxxx

Myśl na dziś:
"Pamiętaj, że nie otrzymać tego, czego się chce, to czasem wspaniały łut szczęścia"
~Dalajlama~

Chciałabym wam dzisiaj przytoczyć pewną opowieść o starym chińskim rolniku, która w bardzo przykładny sposób odzwierciedla słowa Dalajlamy.

Pewien chiński rolnik uprawiał swoje pole z pomocą starego konia. Któregoś dnia koń uciekł na wzgórza, a kiedy sąsiad wyraził wieśniakowi współczucie z powodu takiego nieszczęścia, ten odpowiedział:
„Nieszczęście? Szczęście? Kto wie?”
Po tygodniu koń wrócił ze wzgórz na czele stada dzikich koni, i tym razem sąsiad gratulował wieśniakowi takiego fortunnego obrotu sprawy. A ten rzekł:
„Nieszczęście? Szczęście? Kto wie?”
A potem, kiedy jego syn starał się okiełznać któregoś z dzikich koni, spadł z grzbietu zwierzęcia i złamał nogę.
Wszyscy uważali to za nieszczęście. Ale nie chłop, którego jedyną reakcją było:
„Nieszczęście? Szczęście? Kto wie?”
Kilka tygodni później do wioski wkroczyli żołnierze i zabierali do wojska wszystkich mieszkających tam sprawnych młodzieńców. Gdy zobaczyli, że syn tego wieśniaka ma złamaną nogę, zostawili go w spokoju.
Czy teraz to było szczęście? Nieszczęście? Kto to wie.”

Czasami to, co wydaje się być błogosławieństwem, bywa również przekleństwem i na odwrót. Dlatego ważna jest akceptacja otaczających nas zjawisk. Zamiast tworzyć milion scenariuszy w głowie, po prostu zaakceptujmy rzeczywistość i wybierzmy to, co dzieje się tu i teraz.

Iliana

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Niezmiernie istotną rzeczą w procesie trzeźwienia są nasze pasje.
To one przywracają nam spokój ducha i karmią naszą duszę.
Rób to co kochasz i podaruj sobie odrobinę miłości.

Uzależniony

poniedziałek, 25 lipca 2022

 


Zabieram się do tego postu na siłę tak jak ostatnio do wszystkiego - nie chce mi się nic robić, ale coś trzeba robić bo zwariuję całkiem.

Siedzenie w tym szpitalu na psychiatrii coraz bardziej mnie dobija.

Ten pobyt nic mi nie daje - czuję się tu źle i jest bez sensu, tylko pogarsza stan. Nudzę się okropnie, nie widzę sensu w jakimkolwiek działaniu - pisaniu, czytaniu. Tu tylko leki i jedzenie nie do końca wystarczające.  Nie na tyle źle czuję, że nie mógłbym wyjść, ale nie mam gdzie. Żeby jakiś kąt był chociaż na trochę.

Nie ma mi kto pomóc.

Fundacja Fuga Mundi obiecała znowu znaleźć mi pracę, ale pewnie chwilę to potrwa, muszę jednak gdzieś mieszkać.

25 sierpnia dostanę co prawda czternastą rentę - 1200 zł i rentę w sumie 2 tys. ale pokój to 600 plus 600 kaucja, na wiosnę miałem gotowe bez kaucji i pracę trzeba mieć bo do wypłaty trzeba przeżyć. Tylko takie rozwiązanie mi się podoba.
Tylko tym razem trzeba by brać Antalcol - taki lek, że jak po nim się zapije to atak lub śmierć.

Odwyk w moim przypadku jest bez sensu.
Po odwyku szybko zapiłem, a po prawie rocznym pobycie w ośrodku dla uzależnionych też szybko. Nie dają one gwarancji.

Żona żadnego kontaktu nie chce, nie odpowiada na telefony i listy. Oddałbym jej rentę. Zamieszkał przez jakiś czas chociaż, to by było najlepsze wyjście.

Schronisko chyba dopiero we wrześniu jak - odpukać będzie miejsce i Stowarzyszenie nie zbankrutuje, bo źle stoi. Bardzo nie lubię w schronisku - też trochę się płaci a oni opłatę naliczą mi od całej renty a ja dostaję tylko część po potrąceniach.

Z drugiej strony skutki tego zapicia są straszne i wątpię, czy się podniosę. Ostatnio przy poprzednim pobycie niby też tak myślałem, a wszystko, no prawie wszystko wróciło do jakoś takiej normy.
Teraz mam duże wątpliwości, czy to się uda.

niedziela, 24 lipca 2022

 

W czwartek lekko mi oddało, słaby tylko. W tym stanie mógłbym wyjść, ale gdzie. Siedzenie na psychiatrii tylko mnie dobija. W piątek już gorzej, szczególnie rano, po południu i wieczorem lepiej, ale słaby jestem. Ogólnie to nerwy mnie noszą strasznie.


Pobyt tutaj w szpitalu jest bez sensu, tu mi się tylko pogarsza. Czuję się nie najlepiej, ale nie na tyle, żeby nie pójść gdzieś. Jak pisałem Żona zdecydowanie odmawia, zresztą nie mam kontaktu, nie odbiera w dalszym ciągu telefonu. Schronisko we wrześniu, wspominałem, zresztą w Stowarzyszeniu kryzys finansowy i nie wiem - odpukać, czy przyjmą.

Najgorzej, że wszystkie rzeczy w dużych worach w piwnicy u kolegi, trudno coś znaleźć, a nie mam np. protezy zębowej i trudno mi jeść.


W zimie fizycznie gorzej może, teraz inna pani Dr i leki, ale wtedy chociaż pisałem i czytałem teraz rezygnacja. Nudzę się strasznie, nie mogę się niczym zająć - ani pisać, ani czytać, słuchać, oglądać. Nawet fajek nie chce mi się robić. Każde działanie jest dla mnie pozbawione sensu, a leżeć też nie mogę. Kawa i papierosy mi nie smakują, zresztą tytoń zawilgotniał w worku i jest paskudny po wysuszeniiu. Nudzę się strasznie, a i leżeć nie mogę. Można by opisać stare dzieje, ale po co, trochę zacząłem w wątku - Moje dzieje, ale komu to potrzebne.


Mogę czytać np. Frankla, ale po co.


Oprócz ostatniej głupoty wspominam też stare pijaństwa, nie wiem po co. Podobnie było. Przeważnie gorsze, złe samopoczucie i leczenie alkoholem. Chociaż czasami dobrze się czułem, a wypiłem aby było lepiej. Nie zawsze był ciąg i to mnie rozzuchwalało.


Pewnie bredzę, ale teraz na poważnie się zastanawiam, czy z tym nie skończyć. Boję się śmierci, ale też nie mam już siły kolejny raz się podnosić.


Skutki tego zapicia są straszne i wątpię, czy się podniosę. Ostatnio przy poprzednim pobycie niby też tak myślałem, a wszystko, no prawie wszystko wróciło do jakoś takiej normy. Ja teraz tu zwariuję. Wiem, że nudzę i się użalam, ale teraz inaczej nie potrafię. Nakręcam się - wspominam maj i pierwszą połowę czerwca, kiedy było całkiem fajnie. Byłem na Nocy Kultury, warsztatach z coashem itp. Teraz czarna dziura.








 

W czwartek lekko mi oddało, słaby tylko. W tym stanie mógłbym wyjść, ale gdzie. Siedzenie na psychiatrii tylko mnie dobija. W piątek już gorzej, szczególnie rano, po południu i wieczorem lepiej, ale słaby jestem. Ogólnie to nerwy mnie noszą strasznie.


Pobyt tutaj w szpitalu jest bez sensu, tu mi się tylko pogarsza. Czuję się nie najlepiej, ale nie na tyle, żeby nie pójść gdzieś. Jak pisałem Żona zdecydowanie odmawia, zresztą nie mam kontaktu, nie odbiera w dalszym ciągu telefonu. Schronisko we wrześniu, wspominałem, zresztą w Stowarzyszeniu kryzys finansowy i nie wiem - odpukać, czy przyjmą.

Najgorzej, że wszystkie rzeczy w dużych worach w piwnicy u kolegi, trudno coś znaleźć, a nie mam np. protezy zębowej i trudno mi jeść.


W zimie fizycznie gorzej może, teraz inna pani Dr i leki, ale wtedy chociaż pisałem i czytałem teraz rezygnacja. Nudzę się strasznie, nie mogę się niczym zająć - ani pisać, ani czytać, słuchać, oglądać. Nawet fajek nie chce mi się robić. Każde działanie jest dla mnie pozbawione sensu, a leżeć też nie mogę. Kawa i papierosy mi nie smakują, zresztą tytoń zawilgotniał w worku i jest paskudny po wysuszeniiu. Nudzę się strasznie, a i leżeć nie mogę. Można by opisać stare dzieje, ale po co, trochę zacząłem w wątku - Moje dzieje, ale komu to potrzebne.


Mogę czytać np. Frankla, ale po co.


Oprócz ostatniej głupoty wspominam też stare pijaństwa, nie wiem po co. Podobnie było. Przeważnie gorsze, złe samopoczucie i leczenie alkoholem. Chociaż czasami dobrze się czułem, a wypiłem aby było lepiej. Nie zawsze był ciąg i to mnie rozzuchwalało.


Pewnie bredzę, ale teraz na poważnie się zastanawiam, czy z tym nie skończyć. Boję się śmierci, ale też nie mam już siły kolejny raz się podnosić.


Skutki tego zapicia są straszne i wątpię, czy się podniosę. Ostatnio przy poprzednim pobycie niby też tak myślałem, a wszystko, no prawie wszystko wróciło do jakoś takiej normy. Ja teraz tu zwariuję. Wiem, że nudzę i się użalam, ale teraz inaczej nie potrafię. Nakręcam się - wspominam maj i pierwszą połowę czerwca, kiedy było całkiem fajnie. Byłem na Nocy Kultury, warsztatach z coashem itp. Teraz czarna dziura.








środa, 20 lipca 2022

 Na rozum wiem, że to co piszę w większości to są brednie, ale inaczej w tej chwili nie umiem. Zapewne się pieszczę że sobą, ale naprawdę nie umiem teraz inaczej.


Na swoje usprawiedliwienie mam to, że już 20 dni w szpitalu, a mi jest coraz gorzej. Oczywiście wynika to z głowy - żal po stracie, wyrzuty sumienia, głupota ogromna. Silniejsze jest to ode mnie.

Próbuję, jak już pisałem, jakoś odgonić te myśli, ale nie potrafię. Nasilają one objawy, a objawy pobudzają myśli, takie sprzężenie zwrotne.

A tu i inni Pani Dr mówi, że mnie spionizuje i trzeba iść na odwyk. Ale nie wierzę w tej chwili, że da mi się stan polepszyć, jestem bliski obłędu.
W pójściu na odwyk oprócz fatalnego samopoczucia, w tym stanie nie jestem gotowy do pracy na odwyku, są też takie przeszkody jak to, że
- nie mam żadnego ubrania, trzeba by się jakoś spakować w piwnicy, gdzieś przespać i dojechać jak Hrubieszów;
- pampersy muszę mieć - ja kaleka bez pampersów nie mogę nigdzie się ruszyć;
- trzeba jakieś schronisko załatwić bo potem trzeba gdzieś mieszkać. Na myśl o schronisku robi mi się niedobrze, bardzo nie lubię tam być.

Na odwyk może bym wcześniej poszedł, już w tamtym roku, ale te przeszkody, co wyżej opisałem ciągle mnie blokowały, za mało się starałem. Można było hostel i jakoś się spakować, albo hostel i Antalcol, lub dłuższa psychiatria, jak już byłem.

Pobyt tutaj na psychiatrii też mnie dobija. Na odwyku byłoby ciekawiej.

To że nie mam gdzie pójść, tak samo mnie dobija. W zimie tak o tym nie myślałem, ale też czułem się fatalnie. Potem sytuacja sama się wyjaśniła Bóg, czy Los dał mi szansę, a ja ją zmarnowałem. Może się wyjaśni jakoś teraz.

No i pęcherz - co 15 minut czasami, a nie mają pieluchomajtek tylko zwykłe pampersy, nie bardzo da się w nich chodzić.

Proszę Boga codziennie przed snem- chociaż jestem słabo wierzący, ale jednak wierzę, że jest Siła jakaś Wyższa, aby pomógł mi wyzwolić się z destrukcyjnych myśli.

W teście co mi robili w Fundacji Fuga Mundi NEO-FFI wyszło, że jestem super facetem. Mój znajomy Terapeuta mówi, że nie jest to test diagnostyczny, ale myślę, że o osobowości coś mówi. Taki jestem, jak nie piję i tak się czułem w maju i na początku czerwca, nie jest to myślenie życzeniowe jak sugeruje Terapeuta. Jeszcze mimo wszystko picie nie poczyniło takich zmian. Jestem tylko wrażliwy na kryzysy, głupieję wtedy. Pisałem, że jak nie piłem i miałem kryzys też zgłupiałem. To jest jakaś niedojrzałość pod tym względem.

Nakręcam się, wiem. Lecz tak mnie boli, że inaczej nie potrafię przynajmniej teraz.

Mój znajomy Terapeuta pisze -

Proszę się zdecydować czy Pan chce naprawdę ŻYĆ i zrobić użytek z tego co wyszło w teście czy dalej będzie Pan kombinował i cwaniakował jakby tu jeszcze fajnie pożyć bez bólu, bo "jak cierpię to tylko chcę umierać".

Naprawdę nie umiem teraz inaczej, może za jakiś czas. Teraz tak boli, że mało się nie wścieknę.

Wyczytałem że jest taki lek zioło -

Alkotox to lek, który wywołuje okropną niechęć do alkoholu, jednocześnie oczyszczając organizm z etanolu już obecnego w organizmie.

Pewnie trochę pomaga - ale nie zastąpi zmiany myślenia i uznania bezsilności wobec alkoholu. Każdy łyk prowadzi prędzej czy później do ciągu, a ja ciągle chcę pić w sposób kontrolowany. Czasami to się udaje bez konsekwencji, ale do tej pory później kończyło to się ciągiem.


 Na rozum wiem, że to co piszę w większości to są brednie, ale inaczej w tej chwili nie umiem. Zapewne się pieszczę że sobą, ale naprawdę nie umiem teraz inaczej.


Na swoje usprawiedliwienie mam to, że już 20 dni w szpitalu, a mi jest coraz gorzej. Oczywiście wynika to z głowy - żal po stracie, wyrzuty sumienia, głupota ogromna. Silniejsze jest to ode mnie.

Próbuję, jak już pisałem, jakoś odgonić te myśli, ale nie potrafię. Nasilają one objawy, a objawy pobudzają myśli, takie sprzężenie zwrotne.

A tu i inni Pani Dr mówi, że mnie spionizuje i trzeba iść na odwyk. Ale nie wierzę w tej chwili, że da mi się stan polepszyć, jestem bliski obłędu.
W pójściu na odwyk oprócz fatalnego samopoczucia, w tym stanie nie jestem gotowy do pracy na odwyku, są też takie przeszkody jak to, że
- nie mam żadnego ubrania, trzeba by się jakoś spakować w piwnicy, gdzieś przespać i dojechać jak Hrubieszów;
- pampersy muszę mieć - ja kaleka bez pampersów nie mogę nigdzie się ruszyć;
- trzeba jakieś schronisko załatwić bo potem trzeba gdzieś mieszkać. Na myśl o schronisku robi mi się niedobrze, bardzo nie lubię tam być.

Na odwyk może bym wcześniej poszedł, już w tamtym roku, ale te przeszkody, co wyżej opisałem ciągle mnie blokowały, za mało się starałem. Można było hostel i jakoś się spakować, albo hostel i Antalcol, lub dłuższa psychiatria, jak już byłem.

Pobyt tutaj na psychiatrii też mnie dobija. Na odwyku byłoby ciekawiej.

To że nie mam gdzie pójść, tak samo mnie dobija. W zimie tak o tym nie myślałem, ale też czułem się fatalnie. Potem sytuacja sama się wyjaśniła Bóg, czy Los dał mi szansę, a ja ją zmarnowałem. Może się wyjaśni jakoś teraz.

No i pęcherz - co 15 minut czasami, a nie mają pieluchomajtek tylko zwykłe pampersy, nie bardzo da się w nich chodzić.

Proszę Boga codziennie przed snem- chociaż jestem słabo wierzący, ale jednak wierzę, że jest Siła jakaś Wyższa, aby pomógł mi wyzwolić się z destrukcyjnych myśli.

W teście co mi robili w Fundacji Fuga Mundi NEO-FFI wyszło, że jestem super facetem. Mój znajomy Terapeuta mówi, że nie jest to test diagnostyczny, ale myślę, że o osobowości coś mówi. Taki jestem, jak nie piję i tak się czułem w maju i na początku czerwca, nie jest to myślenie życzeniowe jak sugeruje Terapeuta. Jeszcze mimo wszystko picie nie poczyniło takich zmian. Jestem tylko wrażliwy na kryzysy, głupieję wtedy. Pisałem, że jak nie piłem i miałem kryzys też zgłupiałem. To jest jakaś niedojrzałość pod tym względem.

Nakręcam się, wiem. Lecz tak mnie boli, że inaczej nie potrafię przynajmniej teraz.

Mój znajomy Terapeuta pisze -

Proszę się zdecydować czy Pan chce naprawdę ŻYĆ i zrobić użytek z tego co wyszło w teście czy dalej będzie Pan kombinował i cwaniakował jakby tu jeszcze fajnie pożyć bez bólu, bo "jak cierpię to tylko chcę umierać".

Naprawdę nie umiem teraz inaczej, może za jakiś czas. Teraz tak boli, że mało się nie wścieknę.

Wyczytałem że jest taki lek zioło -

Alkotox to lek, który wywołuje okropną niechęć do alkoholu, jednocześnie oczyszczając organizm z etanolu już obecnego w organizmie.

Pewnie trochę pomaga - ale nie zastąpi zmiany myślenia i uznania bezsilności wobec alkoholu. Każdy łyk prowadzi prędzej czy później do ciągu, a ja ciągle chcę pić w sposób kontrolowany. Czasami to się udaje bez konsekwencji, ale do tej pory później kończyło to się ciągiem.


poniedziałek, 18 lipca 2022

 

No i wylądowałem na psychiatrii - słabo mi jakoś - żołądek ćmi jakieś dreszcze raz gorąco raz zimno - w gębie znowu język zaczyna piec fajki nie smakują a jak tu tytoń jak nie ma szafki jak wtedy - w tym stanie bym się nie spakował na odwyk - może na wolności byłoby lepiej.

Jest tragicznie.

Wczoraj nic nowego, a w zasadzie gorzej, telepało mnie jeszcze bardziej. Bywało już różnie. Trzymało mnie parę dni, a ostatnio 3 miesiące. Ale tak jak teraz nie było nigdy. Może jak pierwszy raz po roku trzeźwienia jak zapiłem było podobnie, ale szybciej przeszło.

Bez przerwy o głupotach myślę i nie umiem się od tego wyzwolić pomimo tego, że życzliwi to radzą.

Jeszcze źle, że nie mogę nic robić - ani pisać, ani czytać. Tak tobym się trochę oderwał.

Miałem pieniądze - mogłem ogłosić upadłość konsumencką za 5 tys. - Teraz bym miał 1300 renty dałoby się przeżyć I stancja - nie do wybaczenia 

 

No i wylądowałem na psychiatrii - słabo mi jakoś - żołądek ćmi jakieś dreszcze raz gorąco raz zimno - w gębie znowu język zaczyna piec fajki nie smakują a jak tu tytoń jak nie ma szafki jak wtedy - w tym stanie bym się nie spakował na odwyk - może na wolności byłoby lepiej.

Jest tragicznie.

Wczoraj nic nowego, a w zasadzie gorzej, telepało mnie jeszcze bardziej. Bywało już różnie. Trzymało mnie parę dni, a ostatnio 3 miesiące. Ale tak jak teraz nie było nigdy. Może jak pierwszy raz po roku trzeźwienia jak zapiłem było podobnie, ale szybciej przeszło.

Bez przerwy o głupotach myślę i nie umiem się od tego wyzwolić pomimo tego, że życzliwi to radzą.

Jeszcze źle, że nie mogę nic robić - ani pisać, ani czytać. Tak tobym się trochę oderwał.

Miałem pieniądze - mogłem ogłosić upadłość konsumencką za 5 tys. - Teraz bym miał 1300 renty dałoby się przeżyć I stancja - nie do wybaczenia 

sobota, 16 lipca 2022

 Wczoraj wyraźnie mi trochę oddało - nie wiem dlaczego.

Nie było idealnie ale tak mnie nie męczyło. Słaby tylko byłem bardzo. 


Ogoliłem się bo kolega maszynkę elektryczną pożyczył - wziąłem prysznic zjadłem obiad jest lepiej ale jeszcze nie było to, daleko do normalności - do Żony mógłbym dojechać, toby mi pomogło a na odwyk jakby spakowany jeszcze nie jakby była stancja to może - ale poprzednio w zimie też były nawroty depresji - jeszcze jakbym przestał myśleć o głupotach. 


Jakbym nie zasyfił strasznie tak stancji - może mógłbym wrócić, ale w tym stanie i tak za wcześnie by było.

Bardzo słaby bo - mało jadłem spałem byle jak 

Myślę że raczej za wcześnie na jakiekolwiek działania - nawet jakby teoretycznie Żona chciała przyjąć co nierealne - myślę, że trzeba koniecznie pobyć w szpitalu jakiś czas chociaż na psychiatrii jest byle jak. 


No i tak jak przewidywałem dzisiaj znowu gorzej. 


Całą noc mi się śniło, że wódkę kupowałem - kupiłem pół litra i chyba dwusetkę - szukałem jeszcze setki czystej, ale w żadnym sklepie nie było 

Myślałem jak ja to wypiję bo jestem na odtruciu. 


Źle spałem - rano żołądek ćmi czekolady się na jadłem wieczorem

Źle się czuję - trochę telepie

Wczoraj było dużo lepiej tylko słaby byłem nie mogłem znowu zasnąć- myślałem. Nie wiem czy dojdę do siebie. 


Cały czas użalam się nad sobą - nie umiem zbudować konstruktywnej myśli.

Ale przecież stało się i się nie odstanie. 


Moja znajoma Dr psychiatra I kolega - też mówią, że rozpamiętywanie nic nie daje. Dr mówi - trzeba wg niej myśleć, że czuję się dobrze mimo, że jest źle - nie wiem jak to zrobić. 


Czytałem i będę dalej próbować jak dam radę Frankla. Dużo piszę o cierpieniu i sensie w cierpieniu. Ja nie umiem tego znaleźć. Może dlatego, że cierpienie jest z mojej winy, głupoty.

Nie mogę usnąć - co zamknę oczy myślę o głupotach. 


A przecież jak się nie zabijać - to szpital i chyba schronisko. Później może znowu praca.

Tylko nie wiem czy dojdę trochę do siebie, teraz w to wątpię, za dużo się stało.

Może to głupie - ale jakbym wygrał w lotto lub lepiej - jakby Żona mnie przyjęła na jakiś czas toby mi dużo szybciej przeszło. 


Nawet jakby przyszło wyjść nie mam w czym. Mam tylko spodnie I koszulkę, wszystko w piwnicy. 


Nie mam siły płakać. To głupie płakać i użalać się, ale teraz nie umiem inaczej.

Nie wiem do końca dlaczego tak się stało. W maju i na początku czerwca czułem się już bardzo dobrze, nie myślałem ani razu o piciu. 


Jak tylko gorzej się poczułem od razu się napiłem zamiast pójść do lekarza. A że naprzód nie było konsekwencji to próbowałem dalej. Jak za trzecim razem obudziłem się pijany to już przestałem myśleć całkiem i wielki ciąg, a można było wtedy zadzwonić po karetkę, bo już sam nie miałem siły i się odtruć. 


Nie mogę, nie radzę sobie kompletnie. Najgorsze też to, że nie mogę nic robić - czytać, pisać, oglądać. 


Nie dali mi już większej dawki ketrylu na noc a on podobno działa - będzie ciężko. Boże...









 Wczoraj wyraźnie mi trochę oddało - nie wiem dlaczego.

Nie było idealnie ale tak mnie nie męczyło. Słaby tylko byłem bardzo. 


Ogoliłem się bo kolega maszynkę elektryczną pożyczył - wziąłem prysznic zjadłem obiad jest lepiej ale jeszcze nie było to, daleko do normalności - do Żony mógłbym dojechać, toby mi pomogło a na odwyk jakby spakowany jeszcze nie jakby była stancja to może - ale poprzednio w zimie też były nawroty depresji - jeszcze jakbym przestał myśleć o głupotach. 


Jakbym nie zasyfił strasznie tak stancji - może mógłbym wrócić, ale w tym stanie i tak za wcześnie by było.

Bardzo słaby bo - mało jadłem spałem byle jak 

Myślę że raczej za wcześnie na jakiekolwiek działania - nawet jakby teoretycznie Żona chciała przyjąć co nierealne - myślę, że trzeba koniecznie pobyć w szpitalu jakiś czas chociaż na psychiatrii jest byle jak. 


No i tak jak przewidywałem dzisiaj znowu gorzej. 


Całą noc mi się śniło, że wódkę kupowałem - kupiłem pół litra i chyba dwusetkę - szukałem jeszcze setki czystej, ale w żadnym sklepie nie było 

Myślałem jak ja to wypiję bo jestem na odtruciu. 


Źle spałem - rano żołądek ćmi czekolady się na jadłem wieczorem

Źle się czuję - trochę telepie

Wczoraj było dużo lepiej tylko słaby byłem nie mogłem znowu zasnąć- myślałem. Nie wiem czy dojdę do siebie. 


Cały czas użalam się nad sobą - nie umiem zbudować konstruktywnej myśli.

Ale przecież stało się i się nie odstanie. 


Moja znajoma Dr psychiatra I kolega - też mówią, że rozpamiętywanie nic nie daje. Dr mówi - trzeba wg niej myśleć, że czuję się dobrze mimo, że jest źle - nie wiem jak to zrobić. 


Czytałem i będę dalej próbować jak dam radę Frankla. Dużo piszę o cierpieniu i sensie w cierpieniu. Ja nie umiem tego znaleźć. Może dlatego, że cierpienie jest z mojej winy, głupoty.

Nie mogę usnąć - co zamknę oczy myślę o głupotach. 


A przecież jak się nie zabijać - to szpital i chyba schronisko. Później może znowu praca.

Tylko nie wiem czy dojdę trochę do siebie, teraz w to wątpię, za dużo się stało.

Może to głupie - ale jakbym wygrał w lotto lub lepiej - jakby Żona mnie przyjęła na jakiś czas toby mi dużo szybciej przeszło. 


Nawet jakby przyszło wyjść nie mam w czym. Mam tylko spodnie I koszulkę, wszystko w piwnicy. 


Nie mam siły płakać. To głupie płakać i użalać się, ale teraz nie umiem inaczej.

Nie wiem do końca dlaczego tak się stało. W maju i na początku czerwca czułem się już bardzo dobrze, nie myślałem ani razu o piciu. 


Jak tylko gorzej się poczułem od razu się napiłem zamiast pójść do lekarza. A że naprzód nie było konsekwencji to próbowałem dalej. Jak za trzecim razem obudziłem się pijany to już przestałem myśleć całkiem i wielki ciąg, a można było wtedy zadzwonić po karetkę, bo już sam nie miałem siły i się odtruć. 


Nie mogę, nie radzę sobie kompletnie. Najgorsze też to, że nie mogę nic robić - czytać, pisać, oglądać. 


Nie dali mi już większej dawki ketrylu na noc a on podobno działa - będzie ciężko. Boże...