Na rozum wiem, że to co piszę w większości to są brednie, ale inaczej w tej chwili nie umiem. Zapewne się pieszczę że sobą, ale naprawdę nie umiem teraz inaczej.
Na swoje usprawiedliwienie mam to, że już 20 dni w szpitalu, a mi jest coraz gorzej. Oczywiście wynika to z głowy - żal po stracie, wyrzuty sumienia, głupota ogromna. Silniejsze jest to ode mnie.
Próbuję, jak już pisałem, jakoś odgonić te myśli, ale nie potrafię. Nasilają one objawy, a objawy pobudzają myśli, takie sprzężenie zwrotne.
A tu i inni Pani Dr mówi, że mnie spionizuje i trzeba iść na odwyk. Ale nie wierzę w tej chwili, że da mi się stan polepszyć, jestem bliski obłędu.
W pójściu na odwyk oprócz fatalnego samopoczucia, w tym stanie nie jestem gotowy do pracy na odwyku, są też takie przeszkody jak to, że
- nie mam żadnego ubrania, trzeba by się jakoś spakować w piwnicy, gdzieś przespać i dojechać jak Hrubieszów;
- pampersy muszę mieć - ja kaleka bez pampersów nie mogę nigdzie się ruszyć;
- trzeba jakieś schronisko załatwić bo potem trzeba gdzieś mieszkać. Na myśl o schronisku robi mi się niedobrze, bardzo nie lubię tam być.
Na odwyk może bym wcześniej poszedł, już w tamtym roku, ale te przeszkody, co wyżej opisałem ciągle mnie blokowały, za mało się starałem. Można było hostel i jakoś się spakować, albo hostel i Antalcol, lub dłuższa psychiatria, jak już byłem.
Pobyt tutaj na psychiatrii też mnie dobija. Na odwyku byłoby ciekawiej.
To że nie mam gdzie pójść, tak samo mnie dobija. W zimie tak o tym nie myślałem, ale też czułem się fatalnie. Potem sytuacja sama się wyjaśniła Bóg, czy Los dał mi szansę, a ja ją zmarnowałem. Może się wyjaśni jakoś teraz.
No i pęcherz - co 15 minut czasami, a nie mają pieluchomajtek tylko zwykłe pampersy, nie bardzo da się w nich chodzić.
Proszę Boga codziennie przed snem- chociaż jestem słabo wierzący, ale jednak wierzę, że jest Siła jakaś Wyższa, aby pomógł mi wyzwolić się z destrukcyjnych myśli.
W teście co mi robili w Fundacji Fuga Mundi NEO-FFI wyszło, że jestem super facetem. Mój znajomy Terapeuta mówi, że nie jest to test diagnostyczny, ale myślę, że o osobowości coś mówi. Taki jestem, jak nie piję i tak się czułem w maju i na początku czerwca, nie jest to myślenie życzeniowe jak sugeruje Terapeuta. Jeszcze mimo wszystko picie nie poczyniło takich zmian. Jestem tylko wrażliwy na kryzysy, głupieję wtedy. Pisałem, że jak nie piłem i miałem kryzys też zgłupiałem. To jest jakaś niedojrzałość pod tym względem.
Nakręcam się, wiem. Lecz tak mnie boli, że inaczej nie potrafię przynajmniej teraz.
Mój znajomy Terapeuta pisze -
Proszę się zdecydować czy Pan chce naprawdę ŻYĆ i zrobić użytek z tego co wyszło w teście czy dalej będzie Pan kombinował i cwaniakował jakby tu jeszcze fajnie pożyć bez bólu, bo "jak cierpię to tylko chcę umierać".
Naprawdę nie umiem teraz inaczej, może za jakiś czas. Teraz tak boli, że mało się nie wścieknę.
Wyczytałem że jest taki lek zioło -
Alkotox to lek, który wywołuje okropną niechęć do alkoholu, jednocześnie oczyszczając organizm z etanolu już obecnego w organizmie.
Pewnie trochę pomaga - ale nie zastąpi zmiany myślenia i uznania bezsilności wobec alkoholu. Każdy łyk prowadzi prędzej czy później do ciągu, a ja ciągle chcę pić w sposób kontrolowany. Czasami to się udaje bez konsekwencji, ale do tej pory później kończyło to się ciągiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz