Trzeba
w końcu napisać coś o osobach mi najbliższych – Mamie i Ciotce
Krysi, nie wiem czy kolejność jest właściwa. Mama na pewno miała
dobre serce, miała to podobno po tacie. Dziadek był wspaniałym
człowiekiem, życzliwym ludziom. Ale podobnie jak Mama był pod
silnym wpływem mojej Babki. Gdy umarł przed moim narodzeniem na
raka płuc Babka narzekała – wziął i umarł a nie skończył
dachu naprawiać. Chciał umrzeć w domu ale Babka zdecydowała,
żeby został w szpitalu. Teraz ciekawe po kim odziedziczyłem geny.
Dziadek mało chyba mało palił w młodości i rak płuc. Ja palę
od 45 lat. Rodzina ze strony Babki była długowieczna.
Mama
od najmłodszych lat nadmiernie słuchała matki. Gdy koleżanki
chciały pożyczyć książki nie pozwalała. Od prac w ogrodzie była
zwalniana przez Babkę, jak szła na łąki, nad rzeczkę lub większą
rzeką do której wpadała mała. Były to te same tzw. wały,
o których pisałem wcześniej przy okazji opisu początku życia. W
owym czasie łąki to było miejsce letniego wypoczynku prawie
wszystkich mieszkańców miasteczka. Mała rzeczka ma fajne małe
wodospady, a poza tym była płytka i bezpieczna do kąpieli dla
małych dzieci. Duża jest trochę głębsza i bardziej
niebezpieczna. Dzisiaj ludzie w dużo mniejszym stopniu korzystają z
łąk. Przez jakiś czas był mały zalew, a tak na krótki
wypoczynek jeżdżą nad fajne, czyste i podobno występuje tam jod,
jezioro oddalone o 80 km.
Trzeba
podkreślić, ze to Mama nauczyła mnie pływać. Naprzód tzw.
strzałką, a potem żabką. Jednak ogólnie byłem chłopcem
słabowitym, nie wysportowanym. Prawie nie grałem w piłkę, na
w-fie byłem straszna noga, tylko na rowerze sporo jeździłem.
Oczywiście Ciotka Krysia też z nami chodziła, przeważnie w
niedzielę.
W
młodości Mama jej brat i w ogóle młodzież namiętnie uprawiali
kajakarstwo i narciarstwo. Do końca naszego zamieszkiwania w
miasteczku na strychu były narty i kijki. Była też kula do pchania
i oszczep. Ten sprzęt sportowy ukrywał Dziadek przed Niemcami, jak
zaczęła się okupacja. Podobno w ogrodzie był zakopany kajak, a
pod komórkami wiatrówki.
Mama
miała fajną pasję – fotografię. Jak byłem w szkole podstawowej
uczestniczyłem z nią w wywoływaniu zdjęć. Oczywiście daleko
było do fotografii cyfrowej, kolorowa z rzadka się pojawiała, a
obróbka była droga. Pozostawały – ciemny pokój, powiększalnik
/nasz nazywał się Beta/, kuwety, wywoływacz, woda i
utrwalacz /tiosiarczan sodu krystalicznego/. Odczynniki te czasami
nie łatwo było zdobyć, trzeba było używać znajomości, jak
zresztą przy zakupie większości artykułów w owym czasie.
Pamiętam
ze jak Mama naświetlała papiery fotograficzne a ja od stołem
włączałem i wyłączałem powiększalnik po obliczeniu na oko
przez Mamę czasu naświetlania. Filmy przeważnie NRD-owskie marki
ORWO, dawało się do wywołania do fotografa. Później,
kiedy ja już zajmowałem się sam fotografią Mama kupiła mi taki
pojemnik z prowadnicami gdzie wsuwało się naświetlone filmy,
wlewało wywoływacza potem wodę i utrwalacz. Kupiliśmy też
suszarkę do odbitek. Jak papier był błyszczący błyszczały, co
niektórym się podobało. Były tez papiery fotograficzne matowe,
półmatowe itd. Z wycieczki do ówczesnego Związku Radzieckiego Mam
przywiozła lustrzankę jedno-obiektywową – Zenit był to już
całkiem dobry sprzęt.
Gdy
byłem mały wożono mnie nad Bałtyk żebym wdychał jod, ponieważ
on dobrze działa na oskrzela. A chorowałem w okresie
jesienno-zimowym między innymi na nie średnio co dwa tygodnie.
Teraz, jak wspominałem w moim dzienniku, choruję przeważnie na
infekcję niewiadomego pochodzenia. Gorączki nie ma, ale stany
podgorączkowe ok. 37 stopni mnie męczą.
Gdy
chodziłem do szkoły podstawowej zabierano mnie na dłuższe
podróże. Babka ściubała pieniądze, kontrolowała wydatkowanie
zarobionych przez córkę pieniędzy. Kazała rwać nawet
najdrobniejsze porzeczki, co było pracochłonne i mało opłacalne.
Oszczędzała do przesady prąd, węgiel, dużo paliło się tzw.
miałem. Nie żałowała pieniędzy na jedno – wycieczki do
Bułgarii. Żeby pojechać na taką wycieczkę trzeba było oprócz
przeznaczenia na to dwie rzeczy. Po pierwsze zdobyć miejsce,
przeważnie odstać w kolejce w jednym z głównych biur podróży
Orbisie. Po drugie wyrobić na komendzie milicji wkładkę
paszportową, która upoważniała do podróżowania po krajach
Demokracji Ludowej. Też nie po wszystkich, w niektórych można było
przebywać określoną ilość dni w innych konieczne było
zaproszenie lub wyjazd na wycieczkę. Wbijali też coś do dowodu
osobistego, chyba na granicy, takiej zielonej książeczki z orłem
bez korony i napisem Polska Rzeczpospolita Ludowa. Chyba raz była z
nami Babka. Na pewno raz była koleżanka Mamy z pracy, też magister
farmacji p Tekla. Jeszcze wspomnę o tym koleżeństwie.
![]() |
| Zdjęcie - pixabay.com |
Nie
da się ukryć, że wczasy w Bułgarii były fascynujące. Sama
podróż w przedziale sypialnym przez prawie dwa dni to już było
ciekawe przeżycie. Wiadomo, Morze Czarne – pogoda prawie
gwarantowana, słońce ale nie Afryka akurat takie jak potrzeba, no i
wspaniałe morze z wielkimi czasem falami. Pamiętam jeden z hoteli,
w którym mieszkaliśmy, nazywał się Kaliakra. Nigdy
wcześniej nie byłem w takim hotelu z łazienką, telefonem i dużym
balkonem z widokiem na morze. Było tych wyjazdów dwa lub trzy. Do
Bułgarii woziło się wtedy na handel plusz, materiał i krem Nivea.
Przywoziło się raczej dolary.
Potem
kiedy byłem w liceum pojechałem tam z kolegami i też innego roku
byliśmy na Węgrzech w Budapeszcie, a jaszcze później z Żoną i
Córką, ale to już inna historia.
Kiedy
chodziłem do szkoły średniej, a później na pierwsze studia
kontakty z Mamą stały się rzadsze, ograniczały się prawie tylko
do spraw finansowych.
W
następnym poście o Citce Krysi słów parę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz